
Widziałem zbrodnie popełnione przez banderowców
Wspomnienia Józefa Chaszczewskiego (ur. 1931 r.), z dzieciństwa i wczesnej młodości w Nowosiółce Koropieckiej, utrwalone 29 marca 2019 r. przez Jana Biernackiego i Konrada Zaleskiego.
Opracowanie redakcyjne: Anna Zaleska
Nasz dom znajdował się na tzw. Podbuczynie. Moi rodzice to Jan Chaszczewski, zamordowany przez banderowców w Zalesiu oraz Marianna z domu Zalewska. Moje rodzeństwo to starsze siostry: Władysława i Franciszka oraz młodsi bracia: Edward i Rudolf.
O płaczącej Lusi i szkolnych karach
Szkołę w Nowosiółce Koropieckiej prowadziły trzy siostry – Apolonia Wandowicz, kierowniczka oraz Julia i Wiktoria (ich nazwisk nie pamiętam). Wiktoria nie uczyła, ale prowadziła gospodarstwo, bo siostry miały ogródek, kury, kaczki. Natomiast Julię zapamiętałem, jako osobę od wykonywania wyroków na uczniach, którzy coś przeskrobali. Apolonia wyznaczała karę, a Julia wykonywała. Przynoszono 60 centymetrowy ostrugany patyk i Julia wymierzała na przykład 15 uderzeń na gołą pupę. W jednej klasie, w jednym rzędzie siedziała klasa pierwsza, w drugim druga. W kolejnej klasie trzecia i czwarta. Apolonia miała poważanie i autorytet wśród dzieci. Natomiast Juli wszyscy się bali. Modlitwa zawsze odbywała się rano i popołudniu po zakończeniu zajęć.
Nie podobało mi się jak traktowano Żydówkę Lusię. Szkoda mi jej było. Pamiętam ją dobrze, bo byliśmy z tego samego rocznika. Niektórym matkom nie podobało się, że ich dzieci odmawiają pacierz w obecności Żydówki. Naciskały na siostry, by coś z tym zrobiły. Najpierw Lusię przeniesiono do ostatniej ławki, gdzie sama siedziała. Jednak co chwilę, za karę dosiadali się do niej szkolni łobuzi i dokuczali jej. Wciąż ją szczypali i kopali, więc Lusia ciągle płakała. Ostatecznie kazano jej wychodzić na czas modlitwy rano i popołudniu.
Gdy podczas II wojny światowej Rosjanie wkroczyli, to siostry wyjechały. W szkole uczyli nas inni nauczyciele, w tym jakaś Ukrainka.
Wyścigi konne, rzut granatem i rower
Po szkole między innymi zajmowałem się wypasaniem bydła na wspólnej łące tzw. tłoce. Były tam też inne dzieci, między innymi Witek Biernacki, z którym się kolegowałem. Pamiętam, jak zrobiliśmy wyścigi konne na pastwisku. On spadł z konia, a do tego koń walnął go kopytem w głowę. Miał całą poturbowaną głowę. Ja też spadłem, jak mój koń zatrzymał się, ale nie odniosłem żadnych obrażeń. Natomiast, jak skakaliśmy po belach drewna zwiezionego z lasu przez mojego dziadka, to skręciłem sobie nogę.
Z Witkiem rzucaliśmy też kamieniami do celu. Tak się wtedy wytrenowałem, że w szkole średniej, podczas zaliczania sprawności w ramach tzw. Sprawny do Pracy i Obrony, rzut granatem wyszedł mi najlepiej, bo aż 50 m. Reszta kolegów rzucała około 30 m. Nauczyciel, był zdziwiony, że tak dobrze jestem wytrenowany – przecież na wojnie nie byłem, bo jestem za młody. Ja mu odpowiedziałem, że właśnie w czasie wojny się wytrenowałem. Rzucałem granatami do lasu. Jak żołnierze uciekali to przy drogach zostawiali skrzynki z bronią. Zaproszono, więc mnie na stadion we Wrocławiu i bez treningu rzuciłem 58 m. I tak trafiłem do kadry Polski. Podczas mistrzostw odpadłem dopiero w ćwierćfinale. Startowałem razem z Januszem Sidło. To on wtedy zwyciężył. W 1951 i 1952 r. rzut granatem był dyscypliną sportową, tak jak inne. Potem ją zlikwidowali, a Janusz przerzucił się na oszczep i zdobył srebro na igrzyskach olimpijskich.
Pamiętam, że należałem do nielicznych osób w Nowosiółce, które mogły potrzymać rower. Właścicielem jedynego roweru we wsi był Edward Hładkiewicz. Przyjeżdżał do Walerii Piotrowskiej, ale jej mama nie chciała, by się spotykali. Więc zajechał do nas i powiedział do mnie, że da mi potrzymać rower, jeśli zawołam Walercię. Ja oczywiście chciałem choć przez chwilę potrzymać ten rower, więc poszedłem do Piotrowskich, powiedzieć by Walercia wyszła na chwilę. Jej mama pogoniła mnie mówiąc: Co ty smarku chcesz od Walerci, nie za młody jesteś.
Wojenne losy taty
Mój ojciec był komendantem Strzelców. Podczas I wojny światowej trafił na 1,5 roku do niewoli we Włoszech. Warunki były tam bardzo ciężkie i zmarło wielu jeńców polskich. Tato pracował w fabryce zbrojeniowej i szybko opanował język włoski. Rozmawiał z Włochami i oni podrzucali mu skórki pomarańczy i cytryn. Tato zjadał je i dzięki temu jakoś przeżył. Jak trafił do niewoli ważył 92 kg, a po wyjściu tylko 48 kg. Gdy już znalazł się w Armii Józefa Hallera zjadł przeznaczony na tydzień prowiant i trafił do szpitala. Gdy tato wrócił do Polski, to od razu w 1919 r. jego oddział trafił do obrony Lwowa. Tam został lekko ranny i dalej już nie szedł ze swoim oddziałem.
Potem tato uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Podczas bitwy warszawskiej był przy obsłudze ciężkiego karabinu. Opowiadał, że lufa karabinu była aż czerwona od ciągłych serii, a Ruscy cały czas szli. Nagle za tatą, za skarpy wyszli Ruscy. Jeden z nich strzelił z karabinu do ojca i trafił go. Kula weszła pod łopatkę. Rusek ściągnął jego mundur, zabrał dokumenty. Ojca znalazły jakieś kobiety, potem zajęli się nim żołnierze i trafił do szpitala. Przez prawie miesiąc był nieprzytomny, więc nie wiedziano kim jest, oprócz tego, że to Polak. Ten Rusek, który go podstrzelił trafił potem do niewoli i odzyskano dokumenty taty. Ruski zeznał jednak, że zabił tatę, więc wysłano informację do jego rodziców, że nie żyje. Rodzice załatwili formalności u wójta i już mieli iść do księdza, a tu przyszedł od niego list. Ojciec, gdy tylko odzyskał przytomność napisał list, że jest ranny i niedługo wróci do domu. Tato na powrót do domu dostał nowy mundur. Potem, podczas II wojny światowej, gdy Ruscy wkroczyli zakopał go. Niestety nikomu nie powiedział, gdzie dokładnie.
Zbrodnia w Zalesiu i zabójstwo taty
Tato nie przeżył wojny, był jedną z ofiar banderowców, którzy mordowali Polaków. W 1945 r. ich ataki był skierowane na miejscowości znajdujące się niedaleko Nowosiółki Koropieckiej. 6 lutego 1945 r. w Baryszu zamordowali 135 osób. Wracając do Zubrzca (tam mieli swój sztab), zatrzymali się rano 7 lutego w Zalesiu, gdzie dokonali kolejnego mordu. Wszystkich Polaków mieszkających w Zalesiu spędzili do jednej zagrody i męczyli przez cały dzień. Potem martwych porąbali i wrzucali do suszarni tytuniu, którą następnie podpalili.
Zginęły tam też trzy osoby z Nowosiółki Koropieckiej. Mój tato w tym dniu jechał do Monastrzysk, by załatwić sprawy związane z kontraktacją tytoniu. Na wóz wrzucił zboże, które chciał po drodze zostawić w młynie w Zalesiu, by podczas drogi powrotnej z Monasterzysk odebrać mąkę. Do Monasterzysk w tym dniu jechał także Gudzowski. Natomiast pieszo około godziny 9-10 do Zalesia wybrała się Borkowska. Dochodząc do Zalesia zauważyła, że coś się dzieje i zaczęła uciekać, ale wtedy Ukraińcy ją dostrzegli i zastrzelili.
Ja z mamą w Zalesiu byłem na drugi dzień. Pojechaliśmy po tatę. Byliśmy tam około godziny 11.30. Hładkiewicz poprosił Rosjan z Koropca. Około 40 żołnierzy przeszło przez Nowosiółkę do Zalesia. Obstawili tę zagrodę i najpierw nikogo nie wpuszczali z rodzin. Żołnierze zawołali czterech Ukraińców, pewnie z bandy, by hakami z prętów do zbrojenia wyciągali szczątki ludzi ze spalonej suszarni. Te części, które były z głowami układali od strony sąsiada. Po głowach naliczyłem 63 osoby. Po drugiej stronie składano części bez głów i ta stera była o wiele większa od tej pierwszej. Potem okazało się, że ojciec był wyciągnięty jako trzeci. Gdy już wszystkie szczątki wyciągnięto rozpoczęło się ich rozpoznawanie. Na teren zagrody, mogła wejść tylko jedna osoba z rodziny i szukać swoich bliskich. Ja stałem na terenie sąsiedniej gospodarki, czyli bliżej stery z głowami. Gdy sąsiadka – Ukrainka wyszła z domu, by wyrzucić popiół zaczęła na mnie i pozostałych tam stojących krzyczeć, byśmy poszli, bo jej kwiaty podepczemy. Poprosiłem wtedy ruskiego żołnierza, który stał przede mną, ale za płotem, czy mogę stanąć tam. Zgodził się. Wyglądał bardzo groźnie i wciąż patrzył się w jeden punkt. Myślałem, że to jakiś bandyta. W tym czasie moja mama szukała taty. Dopiero za piątym razem poznała tatę, jak już było mało szczątek ciał. Poznała rąbek koszuli. Okazało się, że stałem około 2,5 metra od ciała taty. Gdy go odnalazła złapała się za głowę, zaczęła krzyczeć i płakać. Zrozpaczonej mamie spadła chustka z głowy, włosy rozpuściły się, do tego była cała umazana. Przestraszyłem się jej i chciałem uciekać. Ten ruski żołnierz zatrzymał mnie i powiedział: „Nie można”. Dopiero wtedy zaczął do mnie mówić. Opowiedział, że gdy zabrali go do wojska, a Niemcy weszli do jego miejscowości to jego rodzina żywcem spłonęła w domu. Dlatego tak patrzył się na ten spalony komin z suszarni, bo był taki sam, jak u niego w domu. Od tego zapachu spalenizny z Zalesia zwracałem przez cały dzień.
Podczas mordu w Zalesiu zginęło 50 osób z tej wsi, 7 z Puźnik i 3 z Nowosiółki Koropieckiej. Jakiś Ukrainiec, zorganizowany przez ruskich żołnierzy, na furmance około godziny 15.00 przywiózł rozczłonkowane ciało mojego taty. Wyrzucił je na nasze podwórko. Tato nie miał oczu, języka i uszu, osobno były: tułów, głowa, nogi i ręce.
Ziemia była zmarznięta, więc mieliśmy problem z wykopaniem grobu. Kopaliśmy razem z Cześkiem Tokarskim pod świerkiem, zaraz za dzwonnicą, blisko przy drodze. Siostra Franciszka stała na rogu i patrzyła się, czy nie idą jacyś banderowcy. Nie było tam śniegu, ale i tak ziemia była zmarznięta. Przez jeden dzień wykuliśmy około 30 cm, następnego dnia też 30 cm. Pogrzeb taty odbył się po cichu, bez księdza.
Zbrodnia w Puźnikach
12 lutego 1945 r. do Puźnik przyszło 10 ludzi ubranych w ruskie mundury i powiedzieli mieszkańcom, że mogą spać spokojnie, bo ich obronią. Powiedzieli, że muszą tylko wiedzieć, ilu jest mieszkańców i dlatego przyszli zrobić spis ludności. W Puźnikach partyzantka była dobrze zorganizowana – walczyłaby, ale banderowcy zmylili ich. Niektórzy partyzanci, zamiast czuwać na warcie poszli spać. W nocy z 13 na 14 lutego banderowcy zamordowali 110 osób. Przeżyli tylko Ci, którzy zdążyli się ukryć.
Tej nocy w Nowosiółce trzymałem wartę u Działoszyńskich. Było tam jedno pomieszczenie wyznaczone na wartownię. Takie wartownie znajdowały się we wszystkich częściach wsi. Wartę miałem ze starszym Romkiem Bazanem, który zresztą mieszkał po sąsiedzku. Czuwaliśmy do godz. 24.00, wtedy przyszła zmiana. Poszedłem spać, a Romek kręcił się jeszcze. Jak Puźniki zaczęły się palić, zaczęto bić na alarm. Nie było dzwonów na dzwonnicy, więc zawieszono łuski po pociskach, które służyły do wszczynania alarmu. Wszyscy zaczęli uciekać. Romek wrócił po mnie i pociągnął mnie za nogę, bym się obudził. Na dzwonnicę wdrapał się Krzysiek Baczyński, padły strzały w kierunku Puźnik, ale na całe szczęście żaden atak banderowców nie nastąpił.
Na drugi dzień Hładkiewicz poprosił ruskich żołnierzy, by poszli do Puźnik. Ja też poszedłem, bo mieliśmy tam rodzinę. Oni schowali się w takim przygotowanym schronie pod komórką. Przeszli z domu do schronu wykopanym kanałem. Komórka spłonęła, a rano nieprzytomnych, zaczadzonych wyciągnął ich stamtąd sąsiad. Przeżyli, tylko najstarsza córka zmarła.
Mieszkańcy Puźnik, którzy przeżyli zgromadzili się w kościele. Doszedłem tylko do drzwi kościoła, nie wchodziłem tam, ale słyszałem straszne płacze i jęki. Wszystkie ciała były już uprzątnięte. Ten który ze mną chodził, powiedział, że zostały ciała tylko tych, którzy nie mają rodziny. W jednym z gospodarstw, na podwórku leżała martwa kobieta ze swoimi dziećmi. Ona uciekała z córeczką na ramieniu, a za nią 4, 5-letni synek. Banderowiec wbił jej widły w plecy i ona upadła na ziemię zakrywając córeczkę. Natomiast chłopczyk miał wbite widły w brzuch, pewnie banderowiec chciał go wrzucił do palącego się domu. Nie zrobił tego, bo trzonek od wideł pękł. To było coś strasznego… Uciekłem do domu. Dopiero za dwa dni spotkałem się z rodziną. W Puźnikach z Nowosiółki nikt nie zginął.
Banderowcy zabili także moich dwóch wujków – Michała Rogalskiego i Mariana Karpińskiego. Oni walczyli w Batalionach Chłopskich. Karpińskiego banderowcy przyłapali jak szedł do Koropca. Jak zginął Rogalski nie wiadomo.
Wyjazd na zachód
Po tych zbrodniach Polacy zaczęli uciekać, bojąc się o swoje życie. Najpierw pojedynczo, potem zaczęto organizować wyjazd do Polski. Najwięcej mieszkańców Nowosiółki trafiło do Koropca do pałacu Badenich. Nasza rodzina na kwaterę u rodziny Ukraińców. Brat zauważył, że nasza gospodyni spotyka się po kryjomu z jakimś mężczyzną. Potem okazało się, że to jej mąż banderowiec.
Wyjeżdżaliśmy z Pyszkowiec. Na wyjazd czekaliśmy tam aż 4 tygodnie. Potem 6 tygodni jechaliśmy. To był październik, listopad 1945 r. 18 listopada przyjechaliśmy na tzw. Ziemie Odzyskane. Jechaliśmy w węglowych wagonach. By podwyższyć niskie burty stawialiśmy do góry łóżka. W wagonach panowała wszawica, świerzb. Skórę miałem popękaną, jak kora dębowa. Z pękniętych miejsc na rękach, na nogach i pod pachami sączyło. Pamiętam, jak rozłączono nas z siostrą, bo ona była akurat w innym wagonie przy naszej krowie. Dotarła do nas dopiero po trzech tygodniach.
Pamiętam, że Rogalski przywiózł całą bibliotekę ze szkoły w Nowosiółce Koropieckiej. Książki spakował w trzy skrzynie. Mnie wziął do ich układania w jego domu na Zieleńcu. Ja tak zainteresowałem się tymi książkami, że cały czas czytałem. Jedną z nich nawet zabrałem do domu, ale mama kazała mi ją odnieść. Biblioteka potem trafiła do szkoły w Jasieniu.

