O kiernicy, lwowskich złodziejach i pięknych jabłkach – wspomnienia Bronisławy Paszkiewicz

Rozalia, Czesław, Bronisława Bazan
Rozalia, Czesław, Bronisława Bazan w 1936 r.

Wspomnienia Bronisławy Paszkiewicz z domu Bazan (ur. 1932 r.) z dzieciństwa w Nowosiółce Koropieckiej, utrwalone 23 marca 2019 r. przez Annę i Konrada Zaleskich. Uzupełnione o dzieje rodziny przez Konrada Zaleskiego, wnuka Czesława Bazana.
Opracowanie redakcyjne: Anna Zaleska

Dzieje rodziny

Mama Joanna Piotrowska (1900-1981) pochodziła ze szlacheckiej rodziny. Jej dziadek Jan Piotrowski przez 26 lat był wójtem Nowosiółki Koropieckiej (1881-1907, przestał pełnić funkcję z powodu choroby, która zakończyła się śmiercią). Natomiast mój dziadek, tj. Józef Piotrowski był ułanem armii austro-węgierskiej. Po powrocie ze służby w Komarówce wziął ślub z Marią Suchecką – moją babcią. Niestety babcia zmarła rok po urodzeniu mojej mamy. W 1904 r. dziadek ponownie ożenił się z Pauliną Biernacką i doczekał się dwójki dzieci: Zygmunta i Heleny (po mężu Maślanka). Moja mama była w bardzo bliskich relacjach ze swoim przyrodnim rodzeństwem.

Natomiast mój tato – Józef Bazan (1897-1968) pochodził z rodziny rzemieślniczej i to jego ojciec Grzegorz Bazan przybył do Nowosiółki Koropieckiej z Załoziec Nowych. Dziadek Grzegorz w Nowosiółce ożenił się ze szlachcianką Józefą Biernacką i zamieszkał w jej rodzinnym domu. Grzegorz i Józefa mieli aż ośmioro dzieci, niestety część z nich zmarła w młodym wieku: Eleonora (ur. 1894 – najprawdopodobniej zmarła jako dziecko), Józef, Władysław (1899 – 1969), Jadwiga (1901-1902), Domicela (1906-1981), Kazimiera (1908-1938), Roman (1915-2000), Stanisław (1908-1926).
Mój tato zanim ożenił się z mamą był na I wojnie światowej i walczył w 95. Pułku Piechoty Austro-Węgier stacjonującym w Foča (dzisiaj Bośnia i Hercegowina) w II Batalionie, gdzie obsługiwał ciężkie karabiny. Po tym, jak został ranny w 1917 r. został przeniesiony na front rosyjski do Lwowa. Kiedy wybuchła wojna polsko-ukraińska uczestniczył w obronie Lwowa, a następnie walczył w wojnie polsko-bolszewickiej na linii Wisły. Po powrocie z frontu ożenił się z moją mamą. Wychowali piątkę dzieci: Stefanię (1921-1998), Gizelę (1924-2005), Rozalię (Ziunia 1926-2010), Bronisławę, Czesława (Krzysztof 1934-2007). Mama urodziła także bliźnięta, które zaraz po porodzie zmarły.

Kiernica, co Cześka chciała zabrać

Nasz dom znajdował się tuż nad kiernicą, z której wodę czerpała cała wioska. Jedna ze studni służyła mieszkańcom, a druga znajdująca się obok do pojenia zwierząt gospodarskich. Wczesne dzieciństwo spędziłam głównie z młodszym o dwa lata bratem Cześkiem, przez rodzinę i znajomych nazywanym Krzyśkiem. Wszędzie chodziliśmy razem trzymając się za ręce. Pewnego razu założyliśmy słomkowe kapelusze i poszliśmy nad kiernicę, w której mieszkańcy poili zwierzęta. Nagle Czesiek wpadł do wody i na jej powierzchni pływał tylko słomkowy kapelusz. Ja zamiast wyciągnąć go, zaczęłam płakać i krzyczeć. W przekonaniu, że Czesiek utopił się uciekłam do naszego sadu. To wszystko widział dziadek Grzegorz i wyciągnął Cześka. Powiedział też mamie, by mnie poszukała, bo widział jak przestraszona uciekałam. Dziadek mieszkał razem z nami i w domu nie było za dużo miejsca. Tato razem z dziadkiem jeszcze podczas II wojny światowej rozpoczęli budowę nowego, dużego, murowanego domu. Ze względu na swój wiek tato wziął udział tylko w wojnie obronnej w 1939 r., z której udało mu się wrócić cało. Rocznik taty nie miał powołania, ale on był oficerem rezerwy Wojska Polskiego, więc we wrześniu 1939 r. walczył w 11. Karpackiej Dywizji Piechoty. Niestety nowego domu nigdy nie udało się ukończyć. Dziadek Grzegorz zmarł jeszcze przed zakończeniem wojny, a my musieliśmy uciekać z Nowosiółki Koropieckiej.

Złodziejski plan

W Nowosiółce często odwiedzał nas brat taty, stryjek Władek. Jego żona pochodziła z majętnej rodziny i stryjek miał dwie kamienice oraz dobrze prosperującą rzeźnię w Monasterzyskach. Jak Władek przyjeżdżał w gości to schodziła cała beczka piwa oraz skrzynka wędlin, którą przywoził. Choć stryjkowie byli bogaci, jak na tamte czasy, to nie mieli dzieci, więc na wakacje zawsze zabierali mnie do siebie. Bardzo mi dogadzali, ale ja i tak płakałam, że chcę do domu, bo była wtedy jeszcze mała. Potem zamieszkała u nich moja starsza siostra Stefania i nauczyła się jak przygotowywać bardzo dobre wyroby wędliniarskie. Na początku II wojny światowej Niemcy aresztowali stryjka Władka i mieli wywieźć go do obozu. Stryjkowie w Stanisławowie mieli dużo znajomych, w tym kobietę, u której mieszkał pewien SS-man. Stryjenka pojechała więc do niego. Okazało się, że to był Polak, któremu Niemcy wymordowali całą rodzinę i choć przeszedł na ich stronę, to ratował innych Polaków i uratował też Władka. Wtedy Władek wraz z żoną cały swój majątek popakował w kufry i przywiózł do nas. Kufry ze złotem i innymi drogocennymi rzeczami schowano na strychu. Pewnego razu, gdy tato pojechał do Stanisławowa, nagle wybuchł pożar w naszym domu. Zbiegli się mieszkańcy z całej wsi i uratowali nas. Wypuścili także bydło z obory. Pamiętam, że mama miała całe ręce w bąblach od tego ognia. Wtedy też ktoś przyuważył, że na strychu są złodzieje. Okazało się, że już otworzyli kufer i chcieli ukraść znajdujące się tam rzeczy, ale mieszkańcy nie pozwolili im. W ten sposób udaremnili cały złodziejski plan, zgodnie z którym pożar miał odwrócić naszą uwagę. Potem ludzie opowiadali, że ci złodzieje związani byli ze słynną tzw. lwowską szkołą złodziei.

Najpiękniejsze były jabłka

Rodzice bardzo ciężko pracowali. Mama zajmowała się domem i pracowała także w polu. Tato, jak jesienią wszystko zebrał z pola, wtedy zimą robił podkłady na kolei. Zresztą tato miał złotą rączkę do ciesielki i potrafił wszystko zrobić. Kiedyś zrobił nam piękny wózek, do którego zaprzęgliśmy kozła i chcieliśmy zjechać z górki. Skończyło się na tym, że wypadliśmy z wózka, a uciekający kozioł roztrzaskał wózek. Tato głównie uprawiał tytoń i suszył go potem. Za suszony tytoń dostawał sadzonki drzew owocowych, z których posadził piękny sad. Jego podstawą były jabłonie. Oczywiście były także czereśnie, wiśnie, śliwki, ale to jabłka były najpiękniejsze i było ich najwięcej. Z Monasterzysk przyjeżdżali Żydzi i sami obrywali jabłka prosto z drzew, lub zabierali te już zakopcowane. Jak jechaliśmy na zachód, to wtedy był duży urodzaj jabłek. Tato zabrał dużo jabłek do wagonu, także skrzyneczkę tytoniu. Dzięki tym jabłkom mieliśmy pierwsze pieniądze na początek nowego życia na zachodzie. Tato sprzedał je na rynku w Gorzowie, tak jak i tytoń. Osiedliliśmy się we wsi Zaszczytowo w gminie Krzeszyce, ale przez pierwsze lata tato cały czas miał nadzieję, że wróci do Nowosiółki Koropieckiej.

Joanna Piotrowska
Z prawej Joanna Piotrowska około 1918 r. (po mężu Bazan)

Józef Bazan
Józef Bazan w czasie I wojny światowej.

Władysław Bazan
Władysław Bazan w około 1926 r.

Czesław i Bronisława Bazan
Czesław i Bronisława Bazan w 1949 r. w Zaszczytowie

Joanna i Józef Bazan
Joanna i Józef Bazan w 1960

 

 

 

 

 

 




Wspomnienia Klementyny Szewczyk z domu Biernackiej

Klementyna Szewczyk
Spacer po Jasieniu. W środku Maria Malwina Biernacka (mama) z domu Zdanowicz. Z lewej Pani Maria Biernacka (siostra), a po prawej Klementyna Szewczyk.

Pamiętam Nowosiółkę gwarną i wesołą

Wspomnienia Klementyny Szewczyk z domu Biernackiej (ur. 1931 r.) z dzieciństwa oraz wczesnej młodości w Nowosiółce Koropieckiej, utrwalone 9 lutego 2018 r. i 4 stycznia 2019 r. przez Jana Biernackiego i Konrada Zaleskiego.
Opracowanie redakcyjne: Anna Zaleska

Było gwarno i wesoło

Nowosiółka była ładną wioską. Zimy były ciężkie, ale za to wiosną, latem i wczesną jesienią było pięknie. Do dzisiaj pamiętam, jak młodzież zbierała się przy tłoce, gdzie wypasano krowy. Jak tam było wesoło i gwarno. Niestety wraz z nastaniem wojny wszystko się zmieniło.

Prosto z dachu na wojnę

Rodzice mieszkali w domu bliźniaku z Koryznami. Tato zaczął budować własny dom koło tłoki. Nawet cieśle przyjechali z gór. W 1939 r. tato zszedł z dachu, który pokrył blachą i poszedł prosto na II wojnę światową. Żołnierze niemieccy niedaleko zrobili sobie strzelnicę. Naboje trafiły w nasz dach. Przyszli Niemcy i zaczęli ściągać tę blachę i wrzucać na wóz. Mama interweniowała u niemieckiego oficera, który kazał im przestać. Jednak po pewnym czasie wrócili i ściągnęli ją do końca.
W 1939 r. tato trafił do niewoli. Wraz z innymi jeńcami pod eskortą przechodził przez Monasterzyska. Wykorzystał moment nieuwagi strażników i wskoczył w jedno z podwórek. Zaczął stukać do drzwi kamienicy Władka Bazana, którego znał z Nowosiółki Koropieckiej. Zresztą to byli koledzy (od red. brat Władka – Józef Bazana nadal mieszkał w Nowosiółce Koropieckiej). Otworzyła mu żona Władka i powiedziała, że boi się i lepiej, żeby uciekał. Gdy tato wracał spotkał Władka Bazan i ten zabrał go do domu i ukrył. Potem dał mu cywilne ubranie i na drugi dzień tato wrócił do nas do domu. Potem znowu poszedł na wojnę.

Chodziłyśmy z Lusią do kościoła

Przed kościołem mieszkała rodzina żydowska. Mekel Mendel, jego żona Rechla i córka Lusia, która była w moim wieku. Znałyśmy się z Lusią dobrze. Pamiętam, jak ze szkoły razem chodziłyśmy do kościoła. Lusia nie musiała iść z nami, bo mogła przecież wracać do domu, ale towarzyszyła nam. W kościele modliła się razem z nami, tylko nie żegnała się tak jak my. Mieszkał z nimi brat Rechli – Gucio. I to właśnie z nim podczas wojny ukrywała się Rechla w zaroślach, za kościołem przy drodze w stronę Puźnik. Na ogrodzie mieliśmy suszarnię do tytoniu. Kiedyś zimą, w nocy do naszych drzwi zapukał Gucio, był strasznie zmarznięty, bo spał w tej suszarni. Tato rozpalił ogień w piecu, zawinął go w koce i dał mu gorącej herbaty. Nie mieliśmy żadnej piwnicy, ani strychu, więc nie mogliśmy go schować. Po kilku godzinach Gucio poszedł. Potem dowiedzieliśmy się, że zginął wraz ze swoją siostrą. To było na początku wojny. Lusia zginęła pod koniec wojny. Poznała jakiegoś chłopaka i wspólnie ukrywali się. Natomiast Mekel Mendel przeżył wojnę, bo zabrali go do wojska.

Rzeź w Puźnikach

Wraz ze zbliżającym się końcem wojny, wzrastał strach przed banderowcami. Nieraz Ukraińcy mówili, że w Nowosiółce nic nam nie grozi, bo tu były rodziny polsko-ukraińskie, ale to co zaczynało się dziać potwierdzało, że tylko chcieli uśpić naszą czujność. Najpierw banderowcy dokonali mordu w Zalesiu Koropieckim (od red. 7 lutego 1945 r.). Zginął tam też mieszkający w Nowosiółce Jan Rogalski. Jechał tego dnia wozem wraz z najstarszą córką. Zatrzymali go banderowcy. Jego córka zdążyła uciec w kukurydzę. Wraz z innymi spalili go w suszarni. Gdy banderowcy napadli na Puźniki ( od red. w nocy z 12 na 13 lutego 1945 r.) z mamą i siostrą miałyśmy być na warcie aż do 24.00. Ciotka Heńka miała być po nas. Koryzna, co kiedyś mieszkał z nami po sąsiedzku powiedział byśmy poszły spać, że jak coś będzie się działo, to da nam znać. Naokoło było słychać takie podstrzeliwanie, jakby banderowcy nawoływali się. Było już po 24.00, jak Koryzna obudził nas i powiedział, byśmy uciekali, bo palą się Puźniki. Spali u nas także Milewscy i Chmielewscy, którzy mieszkali pod lasem i bali się zostać w swoich domach. Razem z mamą prawie wszystkie rzeczy wynieśliśmy do suszarni w ogrodzie. Dach suszarni był pod dachówką i była szansa, że nie spłonie. Nagle moja mama zorientowała, że mnie nie ma. A ja po prostu leżałam przysypana pod tymi poduszkami i pierzynami. Wszyscy uciekliśmy do lasu. Moją sparaliżowaną babcię ciągnęli na kocu ponad 1,5 km.

W lesie leżeliśmy w takim rowie. Dzieci płakały, krowy ryczały i było bardzo jasno. Gdyby banderowcy weszli wtedy do tego lasu, wszystkich by zabili. Rudolf Biernacki i inni mężczyźni poszli do Puźnik. Jeszcze, jak leżeliśmy w rowie, to powiedzieli mi, że moje dwie kuzynki zabili. Potem od bliskich dowiedzieliśmy się, co tam dokładnie się wydarzyło i kto wyszedł cało z tej rzezi. Uratowała się ciocia Stankowska, która była zakonnicą przy kościele w Puźnikach. Moje dwie kuzynki zastrzelono, gdy uciekały wraz z ciocią Katarzyną. Ciocia przeżyła, bo podczas strzałów upadła na ziemię. Podeszli do niej banderowcy i chcieli zabrać jej buty (miała skórzane oficerki). Jednak banderowiec nie mógł ściągnąć tych butów. Drugi powiedział, by odciąć je razem z nogami. Ale tamten jeszcze raz spróbował i zdjął te buty. Ciocia leżała obok swoich zastrzelonych córek na śniegu, boso przez całą noc. Obok niej upadła podstrzelona młoda kobieta z niemowlakiem. Zdążyła jeszcze przed śmiercią powiedzieć do niej, by wzięła dziecko. Potem to dziecko wychowała jakaś rodzina w Prudniku. Jeden z synów cioci przeżył, bo schował się w beczce.

Na drugi dzień został wykopany wspólny grób dla wszystkich ofiar. Pochowano tam czterdzieści kilka osób. Pozawijano ich jedynie w prześcieradła. Tylko wujek zbił trumny dla dwóch swoich córek i jeszcze ktoś zrobił trumnę dla swojej żony. Trzeciego dnia poszliśmy na pogrzeb. Szliśmy na skróty i zobaczyliśmy przykryte prześcieradłem zwłoki. Mama podniosła prześcieradło, a to był dekarz, który robił nam dach.

Wyjazd do Polski

Po pogrzebie w Puźnikach mama zaprzęgła konia do wozu, zawiązała krowę i pojechaliśmy do Koropca. Najpierw mieszkaliśmy z całą rodziną tj. babcią i ciotkami w jednym pokoju. Pamiętam, jak spaliśmy przy samych drzwiach. Potem przenieśliśmy się do innego miejsca, aż za drugą cerkwią. Tam było lepiej, bo byłyśmy same. Rodzina, u której mieszkaliśmy miała dwóch synów. Nigdy ich nie widziałam. Sąsiedzi tylko, powiedzieli nam, – ale trafiliście, przecież oni są w bandzie. Rano nasz koń zawsze był spocony. Widać, że ujeżdżali go przez noc, ale nie zabrali go. Potem pojechaliśmy na stację i czekaliśmy na pociąg do Polski. Przypominam sobie, jak podczas kolejnych postojów mówili, że wagon jest zagrożony i będą odczepiać. A my mieliśmy cały kosz samogonu, który razem z nami napędziła mama. Tato ją tego nauczył. Jak dojechaliśmy do Polski, kosz był już pusty, na dnie został tylko miód. Wagon, gdzie były siostry taty odczepili zaraz za Tarnopolem i obrabowali ich. Oni prawie nic nie mieli, to buty im pozabierali.

Tato wracał z wojny przez Poznań. Spotkał kolegę z Puźnik, który powiedział mu – A ty wiesz, że tam twoja rodzina jest na stacji. Trzymałam wtedy siostrę na kolanach i słyszałam tylko, jak ktoś krzyczał: Biernaccy, Biernaccy, gdzie Biernaccy. Ale wtedy pomyślałam, że Biernackich przecież dużo było. Na całe szczęście to był nasz tato. Od razu załatwił nam kryty wagon. Pamiętam, jak na jednym postoju tato poszedł napaść krowę. Pociąg odjechał bez taty i krowy. Nie pamiętam, jak potem tato do nas dołączył, ale potem już byliśmy zawsze razem.




Wspomnienia Józefa Chaszczewskiego

Józef Chaszczewski z rodziną
Józef Chaszczewski wraz z żoną Teresą i dziećmi oraz Anną Dutkiewicz (z domu Tokarską) w Jasieniu.

Widziałem zbrodnie popełnione przez banderowców

Wspomnienia Józefa Chaszczewskiego (ur. 1931 r.), z dzieciństwa i wczesnej młodości w Nowosiółce Koropieckiej, utrwalone 29 marca 2019 r. przez Jana Biernackiego i Konrada Zaleskiego.
Opracowanie redakcyjne: Anna Zaleska

Nasz dom znajdował się na tzw. Podbuczynie. Moi rodzice to Jan Chaszczewski, zamordowany przez banderowców w Zalesiu oraz Marianna z domu Zalewska. Moje rodzeństwo to starsze siostry: Władysława i Franciszka oraz młodsi bracia: Edward i Rudolf.

O płaczącej Lusi i szkolnych karach

Szkołę w Nowosiółce Koropieckiej prowadziły trzy siostry – Apolonia Wandowicz, kierowniczka oraz Julia i Wiktoria (ich nazwisk nie pamiętam). Wiktoria nie uczyła, ale prowadziła gospodarstwo, bo siostry miały ogródek, kury, kaczki. Natomiast Julię zapamiętałem, jako osobę od wykonywania wyroków na uczniach, którzy coś przeskrobali. Apolonia wyznaczała karę, a Julia wykonywała. Przynoszono 60 centymetrowy ostrugany patyk i Julia wymierzała na przykład 15 uderzeń na gołą pupę. W jednej klasie, w jednym rzędzie siedziała klasa pierwsza, w drugim druga. W kolejnej klasie trzecia i czwarta. Apolonia miała poważanie i autorytet wśród dzieci. Natomiast Juli wszyscy się bali. Modlitwa zawsze odbywała się rano i popołudniu po zakończeniu zajęć.

Nie podobało mi się jak traktowano Żydówkę Lusię. Szkoda mi jej było. Pamiętam ją dobrze, bo byliśmy z tego samego rocznika. Niektórym matkom nie podobało się, że ich dzieci odmawiają pacierz w obecności Żydówki. Naciskały na siostry, by coś z tym zrobiły. Najpierw Lusię przeniesiono do ostatniej ławki, gdzie sama siedziała. Jednak co chwilę, za karę dosiadali się do niej szkolni łobuzi i dokuczali jej. Wciąż ją szczypali i kopali, więc Lusia ciągle płakała. Ostatecznie kazano jej wychodzić na czas modlitwy rano i popołudniu.
Gdy podczas II wojny światowej Rosjanie wkroczyli, to siostry wyjechały. W szkole uczyli nas inni nauczyciele, w tym jakaś Ukrainka.

Wyścigi konne, rzut granatem i rower

Po szkole między innymi zajmowałem się wypasaniem bydła na wspólnej łące tzw. tłoce. Były tam też inne dzieci, między innymi Witek Biernacki, z którym się kolegowałem. Pamiętam, jak zrobiliśmy wyścigi konne na pastwisku. On spadł z konia, a do tego koń walnął go kopytem w głowę. Miał całą poturbowaną głowę. Ja też spadłem, jak mój koń zatrzymał się, ale nie odniosłem żadnych obrażeń. Natomiast, jak skakaliśmy po belach drewna zwiezionego z lasu przez mojego dziadka, to skręciłem sobie nogę.
Z Witkiem rzucaliśmy też kamieniami do celu. Tak się wtedy wytrenowałem, że w szkole średniej, podczas zaliczania sprawności w ramach tzw. Sprawny do Pracy i Obrony, rzut granatem wyszedł mi najlepiej, bo aż 50 m. Reszta kolegów rzucała około 30 m. Nauczyciel, był zdziwiony, że tak dobrze jestem wytrenowany – przecież na wojnie nie byłem, bo jestem za młody. Ja mu odpowiedziałem, że właśnie w czasie wojny się wytrenowałem. Rzucałem granatami do lasu. Jak żołnierze uciekali to przy drogach zostawiali skrzynki z bronią. Zaproszono, więc mnie na stadion we Wrocławiu i bez treningu rzuciłem 58 m. I tak trafiłem do kadry Polski. Podczas mistrzostw odpadłem dopiero w ćwierćfinale. Startowałem razem z Januszem Sidło. To on wtedy zwyciężył. W 1951 i 1952 r. rzut granatem był dyscypliną sportową, tak jak inne. Potem ją zlikwidowali, a Janusz przerzucił się na oszczep i zdobył srebro na igrzyskach olimpijskich.
Pamiętam, że należałem do nielicznych osób w Nowosiółce, które mogły potrzymać rower. Właścicielem jedynego roweru we wsi był Edward Hładkiewicz. Przyjeżdżał do Walerii Piotrowskiej, ale jej mama nie chciała, by się spotykali. Więc zajechał do nas i powiedział do mnie, że da mi potrzymać rower, jeśli zawołam Walercię. Ja oczywiście chciałem choć przez chwilę potrzymać ten rower, więc poszedłem do Piotrowskich, powiedzieć by Walercia wyszła na chwilę. Jej mama pogoniła mnie mówiąc: Co ty smarku chcesz od Walerci, nie za młody jesteś.

Wojenne losy taty

Mój ojciec był komendantem Strzelców. Podczas I wojny światowej trafił na 1,5 roku do niewoli we Włoszech. Warunki były tam bardzo ciężkie i zmarło wielu jeńców polskich. Tato pracował w fabryce zbrojeniowej i szybko opanował język włoski. Rozmawiał z Włochami i oni podrzucali mu skórki pomarańczy i cytryn. Tato zjadał je i dzięki temu jakoś przeżył. Jak trafił do niewoli ważył 92 kg, a po wyjściu tylko 48 kg. Gdy już znalazł się w Armii Józefa Hallera zjadł przeznaczony na tydzień prowiant i trafił do szpitala. Gdy tato wrócił do Polski, to od razu w 1919 r. jego oddział trafił do obrony Lwowa. Tam został lekko ranny i dalej już nie szedł ze swoim oddziałem.

Potem tato uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Podczas bitwy warszawskiej był przy obsłudze ciężkiego karabinu. Opowiadał, że lufa karabinu była aż czerwona od ciągłych serii, a Ruscy cały czas szli. Nagle za tatą, za skarpy wyszli Ruscy. Jeden z nich strzelił z karabinu do ojca i trafił go. Kula weszła pod łopatkę. Rusek ściągnął jego mundur, zabrał dokumenty. Ojca znalazły jakieś kobiety, potem zajęli się nim żołnierze i trafił do szpitala. Przez prawie miesiąc był nieprzytomny, więc nie wiedziano kim jest, oprócz tego, że to Polak. Ten Rusek, który go podstrzelił trafił potem do niewoli i odzyskano dokumenty taty. Ruski zeznał jednak, że zabił tatę, więc wysłano informację do jego rodziców, że nie żyje. Rodzice załatwili formalności u wójta i już mieli iść do księdza, a tu przyszedł od niego list. Ojciec, gdy tylko odzyskał przytomność napisał list, że jest ranny i niedługo wróci do domu. Tato na powrót do domu dostał nowy mundur. Potem, podczas II wojny światowej, gdy Ruscy wkroczyli zakopał go. Niestety nikomu nie powiedział, gdzie dokładnie.

Zbrodnia w Zalesiu i zabójstwo taty

Tato nie przeżył wojny, był jedną z ofiar banderowców, którzy mordowali Polaków. W 1945 r. ich ataki był skierowane na miejscowości znajdujące się niedaleko Nowosiółki Koropieckiej. 6 lutego 1945 r. w Baryszu zamordowali 135 osób. Wracając do Zubrzca (tam mieli swój sztab), zatrzymali się rano 7 lutego w Zalesiu, gdzie dokonali kolejnego mordu. Wszystkich Polaków mieszkających w Zalesiu spędzili do jednej zagrody i męczyli przez cały dzień. Potem martwych porąbali i wrzucali do suszarni tytuniu, którą następnie podpalili.
Zginęły tam też trzy osoby z Nowosiółki Koropieckiej. Mój tato w tym dniu jechał do Monastrzysk, by załatwić sprawy związane z kontraktacją tytoniu. Na wóz wrzucił zboże, które chciał po drodze zostawić w młynie w Zalesiu, by podczas drogi powrotnej z Monasterzysk odebrać mąkę. Do Monasterzysk w tym dniu jechał także Gudzowski. Natomiast pieszo około godziny 9-10 do Zalesia wybrała się Borkowska. Dochodząc do Zalesia zauważyła, że coś się dzieje i zaczęła uciekać, ale wtedy Ukraińcy ją dostrzegli i zastrzelili.
Ja z mamą w Zalesiu byłem na drugi dzień. Pojechaliśmy po tatę. Byliśmy tam około godziny 11.30. Hładkiewicz poprosił Rosjan z Koropca. Około 40 żołnierzy przeszło przez Nowosiółkę do Zalesia. Obstawili tę zagrodę i najpierw nikogo nie wpuszczali z rodzin. Żołnierze zawołali czterech Ukraińców, pewnie z bandy, by hakami z prętów do zbrojenia wyciągali szczątki ludzi ze spalonej suszarni. Te części, które były z głowami układali od strony sąsiada. Po głowach naliczyłem 63 osoby. Po drugiej stronie składano części bez głów i ta stera była o wiele większa od tej pierwszej. Potem okazało się, że ojciec był wyciągnięty jako trzeci. Gdy już wszystkie szczątki wyciągnięto rozpoczęło się ich rozpoznawanie. Na teren zagrody, mogła wejść tylko jedna osoba z rodziny i szukać swoich bliskich. Ja stałem na terenie sąsiedniej gospodarki, czyli bliżej stery z głowami. Gdy sąsiadka – Ukrainka wyszła z domu, by wyrzucić popiół zaczęła na mnie i pozostałych tam stojących krzyczeć, byśmy poszli, bo jej kwiaty podepczemy. Poprosiłem wtedy ruskiego żołnierza, który stał przede mną, ale za płotem, czy mogę stanąć tam. Zgodził się. Wyglądał bardzo groźnie i wciąż patrzył się w jeden punkt. Myślałem, że to jakiś bandyta. W tym czasie moja mama szukała taty. Dopiero za piątym razem poznała tatę, jak już było mało szczątek ciał. Poznała rąbek koszuli. Okazało się, że stałem około 2,5 metra od ciała taty. Gdy go odnalazła złapała się za głowę, zaczęła krzyczeć i płakać. Zrozpaczonej mamie spadła chustka z głowy, włosy rozpuściły się, do tego była cała umazana. Przestraszyłem się jej i chciałem uciekać. Ten ruski żołnierz zatrzymał mnie i powiedział: „Nie można”. Dopiero wtedy zaczął do mnie mówić. Opowiedział, że gdy zabrali go do wojska, a Niemcy weszli do jego miejscowości to jego rodzina żywcem spłonęła w domu. Dlatego tak patrzył się na ten spalony komin z suszarni, bo był taki sam, jak u niego w domu. Od tego zapachu spalenizny z Zalesia zwracałem przez cały dzień.

Podczas mordu w Zalesiu zginęło 50 osób z tej wsi, 7 z Puźnik i 3 z Nowosiółki Koropieckiej. Jakiś Ukrainiec, zorganizowany przez ruskich żołnierzy, na furmance około godziny 15.00 przywiózł rozczłonkowane ciało mojego taty. Wyrzucił je na nasze podwórko. Tato nie miał oczu, języka i uszu, osobno były: tułów, głowa, nogi i ręce.
Ziemia była zmarznięta, więc mieliśmy problem z wykopaniem grobu. Kopaliśmy razem z Cześkiem Tokarskim pod świerkiem, zaraz za dzwonnicą, blisko przy drodze. Siostra Franciszka stała na rogu i patrzyła się, czy nie idą jacyś banderowcy. Nie było tam śniegu, ale i tak ziemia była zmarznięta. Przez jeden dzień wykuliśmy około 30 cm, następnego dnia też 30 cm. Pogrzeb taty odbył się po cichu, bez księdza.

Zbrodnia w Puźnikach

12 lutego 1945 r. do Puźnik przyszło 10 ludzi ubranych w ruskie mundury i powiedzieli mieszkańcom, że mogą spać spokojnie, bo ich obronią. Powiedzieli, że muszą tylko wiedzieć, ilu jest mieszkańców i dlatego przyszli zrobić spis ludności. W Puźnikach partyzantka była dobrze zorganizowana – walczyłaby, ale banderowcy zmylili ich. Niektórzy partyzanci, zamiast czuwać na warcie poszli spać. W nocy z 13 na 14 lutego banderowcy zamordowali 110 osób. Przeżyli tylko Ci, którzy zdążyli się ukryć.

Tej nocy w Nowosiółce trzymałem wartę u Działoszyńskich. Było tam jedno pomieszczenie wyznaczone na wartownię. Takie wartownie znajdowały się we wszystkich częściach wsi. Wartę miałem ze starszym Romkiem Bazanem, który zresztą mieszkał po sąsiedzku. Czuwaliśmy do godz. 24.00, wtedy przyszła zmiana. Poszedłem spać, a Romek kręcił się jeszcze. Jak Puźniki zaczęły się palić, zaczęto bić na alarm. Nie było dzwonów na dzwonnicy, więc zawieszono łuski po pociskach, które służyły do wszczynania alarmu. Wszyscy zaczęli uciekać. Romek wrócił po mnie i pociągnął mnie za nogę, bym się obudził. Na dzwonnicę wdrapał się Krzysiek Baczyński, padły strzały w kierunku Puźnik, ale na całe szczęście żaden atak banderowców nie nastąpił.

Na drugi dzień Hładkiewicz poprosił ruskich żołnierzy, by poszli do Puźnik. Ja też poszedłem, bo mieliśmy tam rodzinę. Oni schowali się w takim przygotowanym schronie pod komórką. Przeszli z domu do schronu wykopanym kanałem. Komórka spłonęła, a rano nieprzytomnych, zaczadzonych wyciągnął ich stamtąd sąsiad. Przeżyli, tylko najstarsza córka zmarła.

Mieszkańcy Puźnik, którzy przeżyli zgromadzili się w kościele. Doszedłem tylko do drzwi kościoła, nie wchodziłem tam, ale słyszałem straszne płacze i jęki. Wszystkie ciała były już uprzątnięte. Ten który ze mną chodził, powiedział, że zostały ciała tylko tych, którzy nie mają rodziny. W jednym z gospodarstw, na podwórku leżała martwa kobieta ze swoimi dziećmi. Ona uciekała z córeczką na ramieniu, a za nią 4, 5-letni synek. Banderowiec wbił jej widły w plecy i ona upadła na ziemię zakrywając córeczkę. Natomiast chłopczyk miał wbite widły w brzuch, pewnie banderowiec chciał go wrzucił do palącego się domu. Nie zrobił tego, bo trzonek od wideł pękł. To było coś strasznego… Uciekłem do domu. Dopiero za dwa dni spotkałem się z rodziną. W Puźnikach z Nowosiółki nikt nie zginął.

Banderowcy zabili także moich dwóch wujków – Michała Rogalskiego i Mariana Karpińskiego. Oni walczyli w Batalionach Chłopskich. Karpińskiego banderowcy przyłapali jak szedł do Koropca. Jak zginął Rogalski nie wiadomo.

Wyjazd na zachód

Po tych zbrodniach Polacy zaczęli uciekać, bojąc się o swoje życie. Najpierw pojedynczo, potem zaczęto organizować wyjazd do Polski. Najwięcej mieszkańców Nowosiółki trafiło do Koropca do pałacu Badenich. Nasza rodzina na kwaterę u rodziny Ukraińców. Brat zauważył, że nasza gospodyni spotyka się po kryjomu z jakimś mężczyzną. Potem okazało się, że to jej mąż banderowiec.
Wyjeżdżaliśmy z Pyszkowiec. Na wyjazd czekaliśmy tam aż 4 tygodnie. Potem 6 tygodni jechaliśmy. To był październik, listopad 1945 r. 18 listopada przyjechaliśmy na tzw. Ziemie Odzyskane. Jechaliśmy w węglowych wagonach. By podwyższyć niskie burty stawialiśmy do góry łóżka. W wagonach panowała wszawica, świerzb. Skórę miałem popękaną, jak kora dębowa. Z pękniętych miejsc na rękach, na nogach i pod pachami sączyło. Pamiętam, jak rozłączono nas z siostrą, bo ona była akurat w innym wagonie przy naszej krowie. Dotarła do nas dopiero po trzech tygodniach.
Pamiętam, że Rogalski przywiózł całą bibliotekę ze szkoły w Nowosiółce Koropieckiej. Książki spakował w trzy skrzynie. Mnie wziął do ich układania w jego domu na Zieleńcu. Ja tak zainteresowałem się tymi książkami, że cały czas czytałem. Jedną z nich nawet zabrałem do domu, ale mama kazała mi ją odnieść. Biblioteka potem trafiła do szkoły w Jasieniu.




Wspomnienia Eugeniusza Sługockiego o Nowosiółce Koropieckiej

 

Eugeniusz Sługocki i Władysław
Od lewej: Ksiądz Władysław Sługocki (kuzyn Eugeniusza), oraz sam autor wspomnień przed grobem Rudolfa Hładkiewicza w Nowosiółce Koropieckiej.

Wspomnienia Eugeniusza Sługockiego (ur. 1936, zm. 2017 r.), spisane po wizycie w Nowosiółce Koropieckiej w 1995 r.
Rękopis udostępniony przez Elżbietę Sługocką, żonę Eugeniusza Sługockiego, przepisany przez Annę Zaleską 4, 5, 6 lipca 2019 r. (tytuł od Anny Zaleskiej).

Wspomnienia spisane z potrzeby serca

Urodziłem się „podobno” 5 października 1936 r. w Nowosiółce Koropieckiej, gmina Koropiec, powiat Buczacz, województwo tarnopolskie. To „podobno” wynika stąd, że ciocia Helena stwierdziła, że urodziny przypadły dokładnie o rok wcześniej. Swój sąd opiera na fakcie, że w rodzinie była tylko jedna kołyska, którą okupował w tym czasie jej syn Rysiu i trzeba było robić na prędce drugą (kołyskę). Jedno jest pewne, że ujrzałem świat 5 października, a to jest znak Wagi, co później okaże się nie bez znaczenia.

Do rodziny chrześcijańskiej wszedłem dzięki wikaremu Wawrzyńskiemu, który przyjeżdżał wówczas z Koropca do Nowosiółki odprawiać niedzielne msze święte. Rodzice: matka – Maria z domu Krokoszyńska, ojciec – Stanisław dali mi na chrzcie na imię Eugeniusz, później na bierzmowaniu dodali – Szczepan.

Nowosiółka Koropiecka, to nieduża licząca około 150 mieszkańców wieś, oddalona 5 km od Koropca i ok. 15 km od Niżniowa, gdzie most na Dniestrze umożliwiał dojazd do Stanisławowa. Nazwa miasta została nadana na cześć hrabiego Stanisława Potockiego, uczestnika odsieczy na Wiedeń, wielce tam zasłużonego i odznaczonego przez króla Jana III Sobieskiego. Organizacyjnie jednak Nowosiółka należała do województwa tarnopolskiego i powiatu Buczacz. Cicha i spokojna, miała interesujące położenie, wśród lasów, żyznych pół i sadów. Teren pagórkowaty mocno pofałdowany, dużo potoków i jezior – takie nasze Bieszczady. Dokoła wielkie lasy hrabiego Badeni, rozciągające się od Buczacza do Niżniowa, a na południu lasy porchowskie aż do Złotego Potoku, słynnego z tego, że był tam sąd grodzki.

Wieś podzielona była umownie, zgodnie z tradycją jakby na dzielnice.

Buczyny – nazwa wzięła się od lasu bukowego. Najbardziej zamieszkała część wsi, ze szkołą. Tutaj był nasz dom, odziedziczony po dziadku Szczepanie, który wybudował sobie – przy pomocy synów Stanisława i Antoniego nowy dom na Carynach, podobnie zresztą jak stryj Antoni.

Caryny – ta część wsi zapewne wzięła nazwę z czasów sławetnej imperatorowej carycy Katarzyny, która jak głosi legenda jadąc z Buczacza do Koropca, a stąd do Stanisławowa zrobiła tutaj popas. Ze wsi droga biegła przez Caryny do głównej drogi Buczacz – Koropiec – Niżniów – Stanisławów. Jako dzieciak najbardziej lubiłem tutaj chodzić. A to dlatego, że w licznych jarach i potokach można było znaleźć proch i amunicję, zapewne jeszcze z I wojny światowej lub z wojny sowieckiej z 1919-20 r., kiedy to bolszewicy zajęli na jakiś czas te tereny i natychmiast zaczęli zakładać, gdzie tylko się dało – kołchozy. Na szczęście w Nowosiółce nie zdążyli. Ale jak opowiadał ojciec było to pierwsze zetknięcie z bolszewizmem, ich nienawiścią do każdego człowieka tylko dlatego, że coś posiadał. Kiedy dziadkowi Szczepanowi zabrali parę koni i wóz do przewożenia broni, aby tego nie stracić (na ówczesne warunki było to wielkie bogactwo) ojciec w wieku 16-17 lat najął się za woźnicę. I tak z tymi końmi i wozem zawędrował, aż gdzieś w góry i tam przewoził broń z jednej strony gór na drugą. Udało mu się przekupić kogo trzeba i z wielkim narażeniem życia uciekł, gdyż nie chciał pomagać bolszewikom. Po tej dygresji – może do niej wrócę, gdyż o tej ucieczce i o samych bolszewikach ojciec dużo opowiadał – wracam do mojego dziecinnego żywota. Caryny pamiętam szczególnie też z tego, że tu dziadek miał wspaniały sad. Zresztą cała wieś, to był jeden wielki sad ze wspaniałymi gatunkami jabłek. To, że teren ten na sady nadawał się doskonale świadczy fakt, że kiedy stryj Władek w 1980 r. odwiedził Nowosiółkę – był to wrzesień – to już z okien autobusu z drogi porchowskiej na Caryny – widać było wielką czerwień jabłek (wieś w dolinie), a napis na drogowskazie mówił, że wieś teraz nazywa się Sadowa. Sady są więc nadal głównym bogactwem tej ziemi – kiedyś bardzo żyznej ziemi. Ponieważ ojciec miał dość młody sad, ale jednocześnie drzewa były dość wysokie, więc nam kilkuletnim chłopakom zabraniano włazić na drzewa, stąd nasze ulubione zabawy w starym, gęstym sadzie dziadków. Drogą przez Caryny, wsie Porchową i Żubrzeż ojciec często z matką wozili produkty (głównie owoce ze swojego sadu) na sprzedaż do Buczacza. Tutaj od razu robili zakupy, coś z ubrań, buty, mydła, itp. Sklepy były przeważnie żydowskie. Stąd łatwo było dostać się do Czortkowa, a dalej pociągiem do Tarnopola, miasta wojewódzkiego i nieco dalej do sienkiewiczowskiego Zbaraża z „Ogniem i mieczem”. Zaś udając na południe przez Tłuste dojeżdżamy do historycznych Zaleszczyk na granicy z Rumunią lub przez Skałę Podolską do równie historycznego Kamieńca Podolskiego („Ogniem i mieczem”). Przez Caryny i lasy porchowskie wiodła droga do Złotego Potoku, gdzie był sąd grodzki, a stąd do Kołomyji nad Prutem. Tutaj znajdowały się słynne połoniny przy rzece Czeremosz, a więc huculszczyzna, przez którą ojciec w latach kryzysu 1929-33 wędrował do Rumunii na handel.

Kiernica – jadąc w kierunku południowo-zachodnim schodziło się w dolinę, jakby duży jar, na którego dnie była studnia, z której niemal cała wieś czerpała wodę. Jaka to była wspaniała, zimna, kryształowej czystości woda źródlana, zresztą źródeł w tej okolicy było więcej, ale to w Kiernicy było największe i cała wieś zaopatrywała się tu w wodę. Dalej, jak wspomniałem rozciągał się ogromny jar z kilkoma jeziorkami i bagnami, w których kobiety moczyły konopie, a następnie obrabiały na włókna. To tędy, tym jarem w lutym 1945 r. niemal cała wieś uciekała do lasu w kierunku Koropca przed banderowcami (bandy Ukraińskiej Armii Powstańczej UPA), którymi przewodził niejaki Stefan Bandera, stąd „banderowcy”, nazwa nomen – omen pasująca do band jakimi się posługiwał w mordowaniu bezbronnej ludności polskiej i niszczenia kultury rzymsko-katolickiej. Do tego wątku trzeba jeszcze nie jeden raz wrócić, a na razie powracam do Kiernicy z jej wspaniałą wodą – do tej pory czuję jej smak, ale nie tylko. Dalej idąc skarpami dochodziło się do lasu, skał i jaskiń, w których jak już wspomniałem w mroźną, lutową noc skrywała nas matka (Józka, Krzyśka i mnie).

Kizia – to najmniejsza część wsi, w której żyła biedota. Nie mając krów, chowali dla mleka kozy, pieszczotliwie kizie, stąd ta nazwa „Kizia”. Tutaj też lubiłem chodzić, a to dlatego, że wujek Biernacki „Władzio” pięknie śpiewał piosenki, które nauczył się w czasie służby wojskowej. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Kościuszce, Bartoszu i ułanach. Żoną Władzia była siostra mojego ojca – Józia.

Koszarki – o tej części wsi najmniej zapamiętałem, mimo że tam właśnie mieszkali rodzice mojej matki – Michał i Honorata Krokoszyńscy. A tędy biegła najkrótsza droga przez las, do Koropca (ok. 3 km). Pod samym lasem właśnie mieszkali dziadkowie.

Wesoła – idąc od Kościoła na wschód, najpierw schodziło się w dolinę, którą płynął potok. Nad nimi zamieszkiwała kolonia Ukraińców, nie dużo, kilka rodzin. Dalej nad wąwozem biegła droga do Puźnik, gdzie mieszkał wujek Jan Krzesiński z siostrą mojego ojca – Joasią.

 

A więc tak, to zapamiętałem i opisałem ten skrawek Podola, na którym przyszło mi spędzić moje dzieciństwo. Było to dzieciństwo i szczęśliwe – szczególnie pierwsze lata i trudne – lata 1944-45.
A co zapamiętałem z najmłodszych lat? Ponieważ rzecz tę spisuję z potrzeby serca, nie muszę zbyt wytężać pamięci, aby opisać to, co mnie otaczało, co się zdarzyło. Myślałem o tym zawsze i aż dziw bierze, że dopiero teraz chcę to opisać. Co dzieciak żyjący na głębokiej wsi mógł wiedzieć i zapamiętać? A więc przede wszystkim kościółek z cmentarzem, szkołę, żydowski sklep, dom ludowy, pastwisko nazywane „tłoka”, pola rodzinne, sad, las, dziadków, babcię, matkę i ojca z tych najwcześniejszych lat, wesele, zimę, lato, ptaki, szerszenie, osy itp.

Kościół pod wezwaniem św. Józefa Opiekuna. Murowany, jak pamiętam z czerwonej cegły w stylu raczej gotyckim, ze smukłą, niewysoką wieżą. Obok stała dzwonnica z trzema, różnej wielkości dzwonami, które zapewne służyły nie tylko do przypomnienia o zbliżającej się mszy czy innej uroczystości kościelnej, ale również o pożarze, chociaż ja o takim pożarze nigdy nie słyszałem. Wewnątrz drewniany, pięknie wyrzeźbiony ołtarz, ambona, chór z organami. Msze, nieszpory lub inne uroczystości odprawiał przeważnie ksiądz Paprocki z Puźnik lub ksiądz Wawrzyński z Koropca. Za kościołem był cmentarz, a tam często chodziliśmy, zwłaszcza z mamą, gdyż pochowani tam byli kilkuletni brat Ryszard i siostrzyczki.

Szkoła była 4-klasowa. Budynek podobnie, jak kościół murowany z cegły, piętrowy. Tutaj w 1943 r. we wrześniu rozpocząłem pobieranie nauk od siostry zakonnej Apolonii i młodej nauczycielki z sąsiedzkiej wsi – Puźnik, która zresztą mieszkała u babci Wiktorii (dziadek Szczepan zmarł w 1942 r.). Z tego okresu pamiętam nie tylko laski pisane w zeszycie, a raczej na kartkach papieru pakunkowego, ale przede wszystkim groźną bambusową laskę siostry Apolonii. Sprawność uderzeń tą laską musiała być duża skoro na dłoni wyskakiwały „kiełbaski”. Była to jednak kobieta o dużych zdolnościach pedagogicznych, bardzo uczynna i często nas zapraszała do siebie na Buczynę. Tam po wykonaniu jakiś drobnych prac czekały wspaniałe konfitury. Pamiętam też imieniny siostry Apolonii, które ze względu na uczestnictwo dużej liczby osób, aby nie wzbudzić podejrzeń Niemców, odbyły się u babci Wiktorii. W 1944 r. (nie pamiętam miesiąca) dalsza nauka odbywała się w naszym domu, domu moich rodziców. Wojska bolszewickie zajęły szkołę na koszary – służby łączności.

Rodzinny dom zbudowany był z kamienia i gliny, parterowy, kryty słomą. Najpierw wchodziło się po wysokich, kamiennych schodkach na drewniany, duży ganek, porośnięty dzikim winem. Ganek łączył się z dużą sienią. Na prawo wchodziło się do pokoi, jeden bardzo duży, drugi nieco mniejszy, w którym po wkroczeniu wojsk bolszewickich i zajęciu szkoły na koszary wszystkie cztery klasy odbywały swoje zajęcia. Dwie klasy rano i dwie po południu. Pamiętam, że czasami nauka odbywała się razem 1 i 2-ga klasa, a potem 3 i 4-ta.

Dodatkowe wspomnienia Eugeniusza Sługockiego:




Wspomnienia Zygmunta Szafrańskiego

Zygmunt Szafrański
Zygmunt Szafrański (w środku) z kolegami już na Ziemiach Odzyskanych. Archiwum rodzinne Kulczyków.

Wspomnienia Zygmunta Szafrańskiego (ur. 1928 r.) z dzieciństwa oraz wczesnej młodości w Nowosiółce Koropieckiej, utrwalone 9 marca i 18 kwietnia 2018 r. przez Jana Biernackiego i Konrada Zaleskiego.

Opracowanie redakcyjne: Anna Zaleska

Życie w przedwojennej Nowosiółce Koropieckiej

Tam to były zimy. Żal mi się robi za takimi zimami. Śniegu było mnóstwo. Ojciec kupił tzw. pastwonik (pastwisko wraz z kawałkiem lasu) i wybudował się na górze. Nie było nawet do nas żadnej drogi ze wsi. Zresztą drogi, w Nowosiółce były kiepskie. Sołtys Franciszek Biernacki nie raz zwoływał ludzi i naprawiali oni drogi, które były w złym stanie. Ziemia glinkowata, błoto jak się zrobiło to było naprawę tragicznie. Sołtys wyznaczał także osobę, która jechała po księdza z Koropca. Ksiądz miał konie i czasami sam przyjeżdżał. Ludzie na piechotę, boso chodzili do kościoła w Koropcu.

W Nowosiółce mieszkały trzy siostry zakonne. Mieszkały przy szkole, tzn. w budynku szkolnym. Mateczka Apolonia, Julia i trzeciej imienia nie pamiętam. Julia czasami zastępowała Mateczkę Apolonię i prowadziła lekcje. Apolonia była najstarsza. Moja siostra, chciała być zakonnicą i czasami chodziła do nich. W szkole uczyły się dzieci polskie i ukraińskie. Wszystkie lekcje, oprócz religii mieliśmy wspólnie. Na religię do ukraińskich dzieci przejeżdżał ksiądz z Koropca. Kiedyś była zła pogoda i my zostaliśmy na lekcji z ukraińskimi uczniami. Ksiądz kazał mi się przeżegnać. Zrobiłem to, a on krzyknął: A ty Polak!

Lekarz do wsi nie przyjeżdżał. W pewnym okresie większość dzieci w Nowosiółce zachorowała. Ja też. Wtedy nawet lekarz przyjechał i chodził po domach odwiedzać chorych. Tak to chorego trzeba było wsadzić na wóz i jechać ponad 20 km do Buczacza. Pewnego razu żmija ugryzła mojego kolegę Janka Zaleskiego. Zawieźli jego na wozie do Buczacza. Janek wyzdrowiał.
W Nowosiółce były dwa sklepy. Pierwszy prowadziła rodzina Biernackich w swoim domu niedaleko kiernicy, a drugi miał Żyd (od red. Mekel Mendel) niedaleko kościoła. Żyd miał tzw. pretensję handlową do Biernackich i nie raz mówił do Biernackiej: „Po co wam ten sklep? Ja mam sklep, ty masz sklep?”. Wiadomo konkurencja. Biernacka odprawiła jednak Żyda z kwitkiem.
W sklepie Biernackich nie było dużo towaru. Takie to były czasy, nie tak jak w dzisiejszych sklepach. Sprzedawali oni: sól, naftę, cukier, pieczywo, czasami kiełbasę. Towary brali najprawdopodobniej od jakiegoś dostawcy, który przywoził je z Buczacza. Zresztą i mój ojciec, jak trzeba było to i takim dostawcą był. Jechał nawet do Stanisławowa po towar. Zwłaszcza zimą nikt nie chciał tam jechać.
A on jechał i nie raz nogi sobie prawie odmroził. Raz to nawet topił się razem z wozem w Dniestrze.

We wsi przed wojną były tylko dwa rowery, góra trzy. Jeden miał Edek Hładkiewicz, a drugi drogomistrz Biernacki. ( Od red. podobno trzeci rower miał Józef Tyszkowski, ale niezbyt długo, bo wjechał w jakąś kobietę, którą niestety mocno poturbował). Chłopcy z Nowosiółki wciąż zaczepiali Edka i prosili, by pożyczył im rower. Uczyli się jeździć na rowerze na pastwisku na końcu wioski. Możliwe, że rower miał także ojciec Edka, Piotr Hładkiewicz, który pracował w sądzie. Rower w tamtych czasach to był prawdziwy luksus. Ja nie jechałem na rowerze, mogłem tylko popatrzeć
z daleka.

Nowosiółka podczas II wojny światowej

To były trudne czasy, pełne strachu przed banderowcami, wojskiem niemieckimi i radzieckim. Słyszeliśmy, jak za lasem bukowym walczyli Niemcy z Armią Czerwoną. Jeden z Rosjan był postrzelony z karabinu w nogę (poniżej kolana). Wyprosił jednak, by Niemcy go nie dobijali. Najwyraźniej znał język niemiecki. Niemcy powiedzieli, by uciekał do wsi. Moja siostra, kuzyn Jan Chaszczewski i inni wzięli koc i przynieśli go do naszego domu. Do nas było najbliżej z lasu. Baliśmy się Niemców, ale trzeba było mu pomóc – przecież to był człowiek! Moja mama uczyła go pacierza. Mówił, że nazywa się Żora Kiszniewski i pochodzi z Kiszyniowa. Ożenił się i po dwóch miesiącach musiał iść na wojnę. Niestety po kilku dniach zmarł. Najwyraźniej wdało się zakażenie. Rogoziński zrobił brzozowy krzyż i sąsiedzi pochowali go w lesie. Tylko wrócili z lasu do naszego domu, a przyszedł ze wsi niemiecki kapitan. Pytał się czy to u nas był radziecki żołnierz. Kazał nam pokazać, gdzie jest pochowany. Zaprowadziliśmy go do grobu. Zdziwiliśmy się wszyscy, bo Niemiec ukląkł przy grobie i pomodlił się. Powiedział, „że szkoda, że nie wiedział, bo by go do szpitala oddali”.

Żydzi z Koropca zapłacili mężczyznom ze wsi, by wybudowali im bunkier w lesie. Od wewnątrz był on wyłożony drewnem. Co jakiś czas wychodziła z niego Żydówka i przychodziła na skraj wioski po żywność. Ludzie dawali im jedzenie – ziemniaki, chleb. Jak przyszli Rosjanie, to okazało się że tam ukrywało się m.in. pięciu mężczyzn. Jedyna rodzina żydowska z Nowosiółki zginęła (od red. Mekel i Rechla Mendel prowadzili we wsi sklep), pozostała tylko ich córka Lusia, która ukrywała się w lesie. Potem banderowcy ją zastrzelili. Bunkier stał pusty, aż do nocy kiedy banderowcy napadli na Puźniki. Wtedy to my w nim schroniliśmy się.
Spodziewaliśmy się, że banderowcy prędzej czy później napadną na nas. Cała wieś była polska, tylko kilkanaście rodzin było ukraińskich. W tym jeden był zagorzałym banderowcem. Mężczyźni byli na froncie. Marian Karpiński był w batalionie w Koropcu. Raz w tygodniu przychodził do domu w Nowosiółce. Kiedyś wracał z Koropca z Antonim Rogozińskim i Michałem Rogalski. Wpadli w zasadzkę zorganizowaną przez bandę UPA. Ich ciał nigdy nie znaleziono. Ci co zostali we wsi zawiązali oddział samoobrony. W oddziale byłem też ja oraz moi koledzy. Mieliśmy po 16, 17 lat. Oddziałem dowodził Feliks Biernacki, który miało około 40 lat. W oddziale byli: Czesiek Tokarski, Krzysiek Baczyński, Michał Wolański, a z rodziny Działoszyńskich: Mietek, Edek, Józek, Michał. Siedzieliśmy na skraju wsi u Działoszyńskich i po dwóch chodziliśmy na wartę. Gdy coś się działo, wtedy we wsi rozbrzmiewał gong, to była łuska artyleryjska powieszona na słupie między Buczyną a Rogalskimi.

Pewnego razu ( od red. 13 lutego 1945 r. ) o drugiej w nocy poszedłem na wartę z młodszym ode mnie o kilka lat Jankiem Hędzlem. Ktoś mu dał załadowany zabezpieczony karabin mauzera. Wiedziałem o tym i mówiłem do niego – „ Janek nic przy karabinie nie grzeb”. Ale jego korciło. Około 15 metrów od domu Działoszyńskich Janek spowodował wystrzał. Na całe szczęście nie postrzelił się. Ludzie wybiegli z domów. I w tym samym momencie patrzymy się, a nad Puźnikami unosi się ogromna ognista łuna. Nasz oddział poszedł na drogę w stronę Puźnik i czekał. Krzysiek Baczyński usadowił się między kościołem a laskiem i zaczął strzelać. W dali było widać, że ktoś zbliżał się z Puźnik. Feliks Biernacki zaczął krzyczeć, żeby nie strzelać, bo to mogą być uciekinierzy! Widzieliśmy jak zbliżają się do nas sanie z Puźnik. Mężczyzna, nie pamiętam jego nazwiska, miał najwyraźniej zaprzężone na podwórzu sanie i gdy banderowcy zaatakowali wieś, rzucił na nie zawiniętą w pierzynę chorą żonę i zaczął uciekać. Koń na grzbiecie był poraniony od strzałów banderowców, ale dowiózł ich. Kobietę zaniesiono do Tyszkowskich, którzy mieszkali niedaleko kościoła. Potem wraz z siostrą, która wyszła za Baranieckiego, z kilkorgiem jej dziećmi i innymi osobami uciekłem do żydowskiego bunkru, który był około 500 metrów od wioski w lesie (od red. wcześniej służył on jako kryjówka Żydom z Koropca). W bunkrze było około 20 osób. Przetrwaliśmy, ale musieliśmy uciekać z Nowosiółki.

Wyjazd z Nowosiółki na Zachód

Jak wyjeżdżaliśmy na Zachód, to wioska podzieliła się na dwie grupy. Pierwsza grupa dojechała do Zielonej Góry i Jasienia, druga do Krzeszyc. Ja z moją rodziną pojechałem drugim transportem. Odjechaliśmy z Pyszkowiec, które były położone około 6 km od Nowosiółki. Tam nie było żadnej stacji. Na przyjazd pociągu czekaliśmy na polach. Przyjechały wagony do przewożenia drewna. Do jednego wagonu wchodziło osiem rodzin z dobytkiem. Dojechaliśmy do Kluczborka. Tam podstawili nam kryte wagony, którymi dojechaliśmy w nocy do Krzeszyc. Pamiętam, że było widać, jak Rosjanie palili budynki. Gdy nastał dzień zaczęliśmy rozglądać się, gdzie by jakiś dom znaleźć. Moja siostra była żoną osadnika wojskowego i mogła wybrać, co chciała. Osiedliliśmy się przy drodze na Zaszczytowo w tzw. Zakątku Przemysławia (od red. ostatnie budynki Przemysławia przed Zaszczytowem). Siostra, matka, moi dziadkowie, zostali potem pochowani na znajdującym się w Zakątku cmentarzu. Były tam też niemieckie groby, ale ksiądz pozwolił, by chować tam także nasze rodziny.