Metryki 1910

Urodzeni w 1910 r. w Nowosiółce Koropieckiej

06.03.1910 – Jan Władysław Zaleski, syn Józefa i Antoniny Biernackiej
29.03.1910 – Jadwiga Rozalia Biernacka, córka Michała i Marii Jąkalskiej
03.04.1910 – Stanisław Mieczysław Biernacki – syn Mariana i Heleny Tyszkowskiej
05.04.1910 – Stanisława Jadwiga Rogalska, córka Aleksandra i Józefy Piłat
09.04.1910 – Władysław Tomków (zm. 1936) , syn Jana i Anny Kwiecień
17.04.1910 – Roman Mieczysław Tyszkowski (zm. 1913), syn Jana i Katarzyny Gadzińskiej
05.05.1910 – Franciszek Chaszczewski, syn Jana i Emilii Sawaryn
28.05.1910 – Antonina Stańkowska, córka Marcina i Rozalii Boskiej
03.06.1910 – Stanisław Wolański, syn Antoniego i Anny Strońskiej
13.06.1910 – Helena Antonina Krokoszyńska, córka Antoniego i Pelagii Rzędzianowskiej
25.06.1910 – Franciszek Zygmunt Bekierski, syn Jana i Marty Michalewskiej
14.07.1910 – Helena Łukasiewicz, córka Jana i Anieli Kaziów
23.07.1910 – Jadwiga Weronika Biernacka, córka Wojciecha i Antoniny Bezwerehnej (?)
02.08.1910 – Rozalia Honorata Piotrowska, córka Antoniego i Pauliny Tyszkowskiej
06.08.1910 – Michał Marian Wolański, syn Ignacego i Jadwigi Rutyny
20.08.1910 – Weronika Helena Krokoszyńska, córka Michała i Honoraty Tyszkowskiej
25.08.1910 – Stanisław Koryzna, syn Antoniego i Marceli Jedlińskiej
01.09.1910 – Rozalia Józefa Tyszkowska, córka Franciszka i Heleny Wandy Zaleskiej
29.09.1910 – Stanisława Koryzna, córka Jana i Michaliny Wójcik
12.10.1910 – Joanna Jadwiga Szafrańska, córka Józefa i Emilii Kamińskiej
27.10.1910 – Paulina Koryzna, córka Karola i Franciszki Grobelnej
06.11.1910 – Eleonora Zdanowicz, córka Józefa i Julii Wiśniewskiej
07.11.1910 – Stanisław Koryzna, syn Wiktorii Koryzny
03.12.1910 – Józef Zaleski, syn Wiktora i Reginy Biernackiej
12.12.1910 – Antoni Stefan Felsztyński, syn Leopolda i Franciszki Iwanickiej
Opracował: Konrad Zaleski



O kiernicy, lwowskich złodziejach i pięknych jabłkach – wspomnienia Bronisławy Paszkiewicz

Rozalia, Czesław, Bronisława Bazan
Rozalia, Czesław, Bronisława Bazan w 1936 r.

Wspomnienia Bronisławy Paszkiewicz z domu Bazan (ur. 1932 r.) z dzieciństwa w Nowosiółce Koropieckiej, utrwalone 23 marca 2019 r. przez Annę i Konrada Zaleskich. Uzupełnione o dzieje rodziny przez Konrada Zaleskiego, wnuka Czesława Bazana.
Opracowanie redakcyjne: Anna Zaleska

Dzieje rodziny

Mama Joanna Piotrowska (1900-1981) pochodziła ze szlacheckiej rodziny. Jej dziadek Jan Piotrowski przez 26 lat był wójtem Nowosiółki Koropieckiej (1881-1907, przestał pełnić funkcję z powodu choroby, która zakończyła się śmiercią). Natomiast mój dziadek, tj. Józef Piotrowski był ułanem armii austro-węgierskiej. Po powrocie ze służby w Komarówce wziął ślub z Marią Suchecką – moją babcią. Niestety babcia zmarła rok po urodzeniu mojej mamy. W 1904 r. dziadek ponownie ożenił się z Pauliną Biernacką i doczekał się dwójki dzieci: Zygmunta i Heleny (po mężu Maślanka). Moja mama była w bardzo bliskich relacjach ze swoim przyrodnim rodzeństwem.

Natomiast mój tato – Józef Bazan (1897-1968) pochodził z rodziny rzemieślniczej i to jego ojciec Grzegorz Bazan przybył do Nowosiółki Koropieckiej z Załoziec Nowych. Dziadek Grzegorz w Nowosiółce ożenił się ze szlachcianką Józefą Biernacką i zamieszkał w jej rodzinnym domu. Grzegorz i Józefa mieli aż ośmioro dzieci, niestety część z nich zmarła w młodym wieku: Eleonora (ur. 1894 – najprawdopodobniej zmarła jako dziecko), Józef, Władysław (1899 – 1969), Jadwiga (1901-1902), Domicela (1906-1981), Kazimiera (1908-1938), Roman (1915-2000), Stanisław (1908-1926).
Mój tato zanim ożenił się z mamą był na I wojnie światowej i walczył w 95. Pułku Piechoty Austro-Węgier stacjonującym w Foča (dzisiaj Bośnia i Hercegowina) w II Batalionie, gdzie obsługiwał ciężkie karabiny. Po tym, jak został ranny w 1917 r. został przeniesiony na front rosyjski do Lwowa. Kiedy wybuchła wojna polsko-ukraińska uczestniczył w obronie Lwowa, a następnie walczył w wojnie polsko-bolszewickiej na linii Wisły. Po powrocie z frontu ożenił się z moją mamą. Wychowali piątkę dzieci: Stefanię (1921-1998), Gizelę (1924-2005), Rozalię (Ziunia 1926-2010), Bronisławę, Czesława (Krzysztof 1934-2007). Mama urodziła także bliźnięta, które zaraz po porodzie zmarły.

Kiernica, co Cześka chciała zabrać

Nasz dom znajdował się tuż nad kiernicą, z której wodę czerpała cała wioska. Jedna ze studni służyła mieszkańcom, a druga znajdująca się obok do pojenia zwierząt gospodarskich. Wczesne dzieciństwo spędziłam głównie z młodszym o dwa lata bratem Cześkiem, przez rodzinę i znajomych nazywanym Krzyśkiem. Wszędzie chodziliśmy razem trzymając się za ręce. Pewnego razu założyliśmy słomkowe kapelusze i poszliśmy nad kiernicę, w której mieszkańcy poili zwierzęta. Nagle Czesiek wpadł do wody i na jej powierzchni pływał tylko słomkowy kapelusz. Ja zamiast wyciągnąć go, zaczęłam płakać i krzyczeć. W przekonaniu, że Czesiek utopił się uciekłam do naszego sadu. To wszystko widział dziadek Grzegorz i wyciągnął Cześka. Powiedział też mamie, by mnie poszukała, bo widział jak przestraszona uciekałam. Dziadek mieszkał razem z nami i w domu nie było za dużo miejsca. Tato razem z dziadkiem jeszcze podczas II wojny światowej rozpoczęli budowę nowego, dużego, murowanego domu. Ze względu na swój wiek tato wziął udział tylko w wojnie obronnej w 1939 r., z której udało mu się wrócić cało. Rocznik taty nie miał powołania, ale on był oficerem rezerwy Wojska Polskiego, więc we wrześniu 1939 r. walczył w 11. Karpackiej Dywizji Piechoty. Niestety nowego domu nigdy nie udało się ukończyć. Dziadek Grzegorz zmarł jeszcze przed zakończeniem wojny, a my musieliśmy uciekać z Nowosiółki Koropieckiej.

Złodziejski plan

W Nowosiółce często odwiedzał nas brat taty, stryjek Władek. Jego żona pochodziła z majętnej rodziny i stryjek miał dwie kamienice oraz dobrze prosperującą rzeźnię w Monasterzyskach. Jak Władek przyjeżdżał w gości to schodziła cała beczka piwa oraz skrzynka wędlin, którą przywoził. Choć stryjkowie byli bogaci, jak na tamte czasy, to nie mieli dzieci, więc na wakacje zawsze zabierali mnie do siebie. Bardzo mi dogadzali, ale ja i tak płakałam, że chcę do domu, bo była wtedy jeszcze mała. Potem zamieszkała u nich moja starsza siostra Stefania i nauczyła się jak przygotowywać bardzo dobre wyroby wędliniarskie. Na początku II wojny światowej Niemcy aresztowali stryjka Władka i mieli wywieźć go do obozu. Stryjkowie w Stanisławowie mieli dużo znajomych, w tym kobietę, u której mieszkał pewien SS-man. Stryjenka pojechała więc do niego. Okazało się, że to był Polak, któremu Niemcy wymordowali całą rodzinę i choć przeszedł na ich stronę, to ratował innych Polaków i uratował też Władka. Wtedy Władek wraz z żoną cały swój majątek popakował w kufry i przywiózł do nas. Kufry ze złotem i innymi drogocennymi rzeczami schowano na strychu. Pewnego razu, gdy tato pojechał do Stanisławowa, nagle wybuchł pożar w naszym domu. Zbiegli się mieszkańcy z całej wsi i uratowali nas. Wypuścili także bydło z obory. Pamiętam, że mama miała całe ręce w bąblach od tego ognia. Wtedy też ktoś przyuważył, że na strychu są złodzieje. Okazało się, że już otworzyli kufer i chcieli ukraść znajdujące się tam rzeczy, ale mieszkańcy nie pozwolili im. W ten sposób udaremnili cały złodziejski plan, zgodnie z którym pożar miał odwrócić naszą uwagę. Potem ludzie opowiadali, że ci złodzieje związani byli ze słynną tzw. lwowską szkołą złodziei.

Najpiękniejsze były jabłka

Rodzice bardzo ciężko pracowali. Mama zajmowała się domem i pracowała także w polu. Tato, jak jesienią wszystko zebrał z pola, wtedy zimą robił podkłady na kolei. Zresztą tato miał złotą rączkę do ciesielki i potrafił wszystko zrobić. Kiedyś zrobił nam piękny wózek, do którego zaprzęgliśmy kozła i chcieliśmy zjechać z górki. Skończyło się na tym, że wypadliśmy z wózka, a uciekający kozioł roztrzaskał wózek. Tato głównie uprawiał tytoń i suszył go potem. Za suszony tytoń dostawał sadzonki drzew owocowych, z których posadził piękny sad. Jego podstawą były jabłonie. Oczywiście były także czereśnie, wiśnie, śliwki, ale to jabłka były najpiękniejsze i było ich najwięcej. Z Monasterzysk przyjeżdżali Żydzi i sami obrywali jabłka prosto z drzew, lub zabierali te już zakopcowane. Jak jechaliśmy na zachód, to wtedy był duży urodzaj jabłek. Tato zabrał dużo jabłek do wagonu, także skrzyneczkę tytoniu. Dzięki tym jabłkom mieliśmy pierwsze pieniądze na początek nowego życia na zachodzie. Tato sprzedał je na rynku w Gorzowie, tak jak i tytoń. Osiedliliśmy się we wsi Zaszczytowo w gminie Krzeszyce, ale przez pierwsze lata tato cały czas miał nadzieję, że wróci do Nowosiółki Koropieckiej.

Joanna Piotrowska
Z prawej Joanna Piotrowska około 1918 r. (po mężu Bazan)

Józef Bazan
Józef Bazan w czasie I wojny światowej.

Władysław Bazan
Władysław Bazan w około 1926 r.

Czesław i Bronisława Bazan
Czesław i Bronisława Bazan w 1949 r. w Zaszczytowie

Joanna i Józef Bazan
Joanna i Józef Bazan w 1960

 

 

 

 

 

 




Wspomnienia Klementyny Szewczyk z domu Biernackiej

Klementyna Szewczyk
Spacer po Jasieniu. W środku Maria Malwina Biernacka (mama) z domu Zdanowicz. Z lewej Pani Maria Biernacka (siostra), a po prawej Klementyna Szewczyk.

Pamiętam Nowosiółkę gwarną i wesołą

Wspomnienia Klementyny Szewczyk z domu Biernackiej (ur. 1931 r.) z dzieciństwa oraz wczesnej młodości w Nowosiółce Koropieckiej, utrwalone 9 lutego 2018 r. i 4 stycznia 2019 r. przez Jana Biernackiego i Konrada Zaleskiego.
Opracowanie redakcyjne: Anna Zaleska

Było gwarno i wesoło

Nowosiółka była ładną wioską. Zimy były ciężkie, ale za to wiosną, latem i wczesną jesienią było pięknie. Do dzisiaj pamiętam, jak młodzież zbierała się przy tłoce, gdzie wypasano krowy. Jak tam było wesoło i gwarno. Niestety wraz z nastaniem wojny wszystko się zmieniło.

Prosto z dachu na wojnę

Rodzice mieszkali w domu bliźniaku z Koryznami. Tato zaczął budować własny dom koło tłoki. Nawet cieśle przyjechali z gór. W 1939 r. tato zszedł z dachu, który pokrył blachą i poszedł prosto na II wojnę światową. Żołnierze niemieccy niedaleko zrobili sobie strzelnicę. Naboje trafiły w nasz dach. Przyszli Niemcy i zaczęli ściągać tę blachę i wrzucać na wóz. Mama interweniowała u niemieckiego oficera, który kazał im przestać. Jednak po pewnym czasie wrócili i ściągnęli ją do końca.
W 1939 r. tato trafił do niewoli. Wraz z innymi jeńcami pod eskortą przechodził przez Monasterzyska. Wykorzystał moment nieuwagi strażników i wskoczył w jedno z podwórek. Zaczął stukać do drzwi kamienicy Władka Bazana, którego znał z Nowosiółki Koropieckiej. Zresztą to byli koledzy (od red. brat Władka – Józef Bazana nadal mieszkał w Nowosiółce Koropieckiej). Otworzyła mu żona Władka i powiedziała, że boi się i lepiej, żeby uciekał. Gdy tato wracał spotkał Władka Bazan i ten zabrał go do domu i ukrył. Potem dał mu cywilne ubranie i na drugi dzień tato wrócił do nas do domu. Potem znowu poszedł na wojnę.

Chodziłyśmy z Lusią do kościoła

Przed kościołem mieszkała rodzina żydowska. Mekel Mendel, jego żona Rechla i córka Lusia, która była w moim wieku. Znałyśmy się z Lusią dobrze. Pamiętam, jak ze szkoły razem chodziłyśmy do kościoła. Lusia nie musiała iść z nami, bo mogła przecież wracać do domu, ale towarzyszyła nam. W kościele modliła się razem z nami, tylko nie żegnała się tak jak my. Mieszkał z nimi brat Rechli – Gucio. I to właśnie z nim podczas wojny ukrywała się Rechla w zaroślach, za kościołem przy drodze w stronę Puźnik. Na ogrodzie mieliśmy suszarnię do tytoniu. Kiedyś zimą, w nocy do naszych drzwi zapukał Gucio, był strasznie zmarznięty, bo spał w tej suszarni. Tato rozpalił ogień w piecu, zawinął go w koce i dał mu gorącej herbaty. Nie mieliśmy żadnej piwnicy, ani strychu, więc nie mogliśmy go schować. Po kilku godzinach Gucio poszedł. Potem dowiedzieliśmy się, że zginął wraz ze swoją siostrą. To było na początku wojny. Lusia zginęła pod koniec wojny. Poznała jakiegoś chłopaka i wspólnie ukrywali się. Natomiast Mekel Mendel przeżył wojnę, bo zabrali go do wojska.

Rzeź w Puźnikach

Wraz ze zbliżającym się końcem wojny, wzrastał strach przed banderowcami. Nieraz Ukraińcy mówili, że w Nowosiółce nic nam nie grozi, bo tu były rodziny polsko-ukraińskie, ale to co zaczynało się dziać potwierdzało, że tylko chcieli uśpić naszą czujność. Najpierw banderowcy dokonali mordu w Zalesiu Koropieckim (od red. 7 lutego 1945 r.). Zginął tam też mieszkający w Nowosiółce Jan Rogalski. Jechał tego dnia wozem wraz z najstarszą córką. Zatrzymali go banderowcy. Jego córka zdążyła uciec w kukurydzę. Wraz z innymi spalili go w suszarni. Gdy banderowcy napadli na Puźniki ( od red. w nocy z 12 na 13 lutego 1945 r.) z mamą i siostrą miałyśmy być na warcie aż do 24.00. Ciotka Heńka miała być po nas. Koryzna, co kiedyś mieszkał z nami po sąsiedzku powiedział byśmy poszły spać, że jak coś będzie się działo, to da nam znać. Naokoło było słychać takie podstrzeliwanie, jakby banderowcy nawoływali się. Było już po 24.00, jak Koryzna obudził nas i powiedział, byśmy uciekali, bo palą się Puźniki. Spali u nas także Milewscy i Chmielewscy, którzy mieszkali pod lasem i bali się zostać w swoich domach. Razem z mamą prawie wszystkie rzeczy wynieśliśmy do suszarni w ogrodzie. Dach suszarni był pod dachówką i była szansa, że nie spłonie. Nagle moja mama zorientowała, że mnie nie ma. A ja po prostu leżałam przysypana pod tymi poduszkami i pierzynami. Wszyscy uciekliśmy do lasu. Moją sparaliżowaną babcię ciągnęli na kocu ponad 1,5 km.

W lesie leżeliśmy w takim rowie. Dzieci płakały, krowy ryczały i było bardzo jasno. Gdyby banderowcy weszli wtedy do tego lasu, wszystkich by zabili. Rudolf Biernacki i inni mężczyźni poszli do Puźnik. Jeszcze, jak leżeliśmy w rowie, to powiedzieli mi, że moje dwie kuzynki zabili. Potem od bliskich dowiedzieliśmy się, co tam dokładnie się wydarzyło i kto wyszedł cało z tej rzezi. Uratowała się ciocia Stankowska, która była zakonnicą przy kościele w Puźnikach. Moje dwie kuzynki zastrzelono, gdy uciekały wraz z ciocią Katarzyną. Ciocia przeżyła, bo podczas strzałów upadła na ziemię. Podeszli do niej banderowcy i chcieli zabrać jej buty (miała skórzane oficerki). Jednak banderowiec nie mógł ściągnąć tych butów. Drugi powiedział, by odciąć je razem z nogami. Ale tamten jeszcze raz spróbował i zdjął te buty. Ciocia leżała obok swoich zastrzelonych córek na śniegu, boso przez całą noc. Obok niej upadła podstrzelona młoda kobieta z niemowlakiem. Zdążyła jeszcze przed śmiercią powiedzieć do niej, by wzięła dziecko. Potem to dziecko wychowała jakaś rodzina w Prudniku. Jeden z synów cioci przeżył, bo schował się w beczce.

Na drugi dzień został wykopany wspólny grób dla wszystkich ofiar. Pochowano tam czterdzieści kilka osób. Pozawijano ich jedynie w prześcieradła. Tylko wujek zbił trumny dla dwóch swoich córek i jeszcze ktoś zrobił trumnę dla swojej żony. Trzeciego dnia poszliśmy na pogrzeb. Szliśmy na skróty i zobaczyliśmy przykryte prześcieradłem zwłoki. Mama podniosła prześcieradło, a to był dekarz, który robił nam dach.

Wyjazd do Polski

Po pogrzebie w Puźnikach mama zaprzęgła konia do wozu, zawiązała krowę i pojechaliśmy do Koropca. Najpierw mieszkaliśmy z całą rodziną tj. babcią i ciotkami w jednym pokoju. Pamiętam, jak spaliśmy przy samych drzwiach. Potem przenieśliśmy się do innego miejsca, aż za drugą cerkwią. Tam było lepiej, bo byłyśmy same. Rodzina, u której mieszkaliśmy miała dwóch synów. Nigdy ich nie widziałam. Sąsiedzi tylko, powiedzieli nam, – ale trafiliście, przecież oni są w bandzie. Rano nasz koń zawsze był spocony. Widać, że ujeżdżali go przez noc, ale nie zabrali go. Potem pojechaliśmy na stację i czekaliśmy na pociąg do Polski. Przypominam sobie, jak podczas kolejnych postojów mówili, że wagon jest zagrożony i będą odczepiać. A my mieliśmy cały kosz samogonu, który razem z nami napędziła mama. Tato ją tego nauczył. Jak dojechaliśmy do Polski, kosz był już pusty, na dnie został tylko miód. Wagon, gdzie były siostry taty odczepili zaraz za Tarnopolem i obrabowali ich. Oni prawie nic nie mieli, to buty im pozabierali.

Tato wracał z wojny przez Poznań. Spotkał kolegę z Puźnik, który powiedział mu – A ty wiesz, że tam twoja rodzina jest na stacji. Trzymałam wtedy siostrę na kolanach i słyszałam tylko, jak ktoś krzyczał: Biernaccy, Biernaccy, gdzie Biernaccy. Ale wtedy pomyślałam, że Biernackich przecież dużo było. Na całe szczęście to był nasz tato. Od razu załatwił nam kryty wagon. Pamiętam, jak na jednym postoju tato poszedł napaść krowę. Pociąg odjechał bez taty i krowy. Nie pamiętam, jak potem tato do nas dołączył, ale potem już byliśmy zawsze razem.




Wspomnienia Józefa Chaszczewskiego

Józef Chaszczewski z rodziną
Józef Chaszczewski wraz z żoną Teresą i dziećmi oraz Anną Dutkiewicz (z domu Tokarską) w Jasieniu.

Widziałem zbrodnie popełnione przez banderowców

Wspomnienia Józefa Chaszczewskiego (ur. 1931 r.), z dzieciństwa i wczesnej młodości w Nowosiółce Koropieckiej, utrwalone 29 marca 2019 r. przez Jana Biernackiego i Konrada Zaleskiego.
Opracowanie redakcyjne: Anna Zaleska

Nasz dom znajdował się na tzw. Podbuczynie. Moi rodzice to Jan Chaszczewski, zamordowany przez banderowców w Zalesiu oraz Marianna z domu Zalewska. Moje rodzeństwo to starsze siostry: Władysława i Franciszka oraz młodsi bracia: Edward i Rudolf.

O płaczącej Lusi i szkolnych karach

Szkołę w Nowosiółce Koropieckiej prowadziły trzy siostry – Apolonia Wandowicz, kierowniczka oraz Julia i Wiktoria (ich nazwisk nie pamiętam). Wiktoria nie uczyła, ale prowadziła gospodarstwo, bo siostry miały ogródek, kury, kaczki. Natomiast Julię zapamiętałem, jako osobę od wykonywania wyroków na uczniach, którzy coś przeskrobali. Apolonia wyznaczała karę, a Julia wykonywała. Przynoszono 60 centymetrowy ostrugany patyk i Julia wymierzała na przykład 15 uderzeń na gołą pupę. W jednej klasie, w jednym rzędzie siedziała klasa pierwsza, w drugim druga. W kolejnej klasie trzecia i czwarta. Apolonia miała poważanie i autorytet wśród dzieci. Natomiast Juli wszyscy się bali. Modlitwa zawsze odbywała się rano i popołudniu po zakończeniu zajęć.

Nie podobało mi się jak traktowano Żydówkę Lusię. Szkoda mi jej było. Pamiętam ją dobrze, bo byliśmy z tego samego rocznika. Niektórym matkom nie podobało się, że ich dzieci odmawiają pacierz w obecności Żydówki. Naciskały na siostry, by coś z tym zrobiły. Najpierw Lusię przeniesiono do ostatniej ławki, gdzie sama siedziała. Jednak co chwilę, za karę dosiadali się do niej szkolni łobuzi i dokuczali jej. Wciąż ją szczypali i kopali, więc Lusia ciągle płakała. Ostatecznie kazano jej wychodzić na czas modlitwy rano i popołudniu.
Gdy podczas II wojny światowej Rosjanie wkroczyli, to siostry wyjechały. W szkole uczyli nas inni nauczyciele, w tym jakaś Ukrainka.

Wyścigi konne, rzut granatem i rower

Po szkole między innymi zajmowałem się wypasaniem bydła na wspólnej łące tzw. tłoce. Były tam też inne dzieci, między innymi Witek Biernacki, z którym się kolegowałem. Pamiętam, jak zrobiliśmy wyścigi konne na pastwisku. On spadł z konia, a do tego koń walnął go kopytem w głowę. Miał całą poturbowaną głowę. Ja też spadłem, jak mój koń zatrzymał się, ale nie odniosłem żadnych obrażeń. Natomiast, jak skakaliśmy po belach drewna zwiezionego z lasu przez mojego dziadka, to skręciłem sobie nogę.
Z Witkiem rzucaliśmy też kamieniami do celu. Tak się wtedy wytrenowałem, że w szkole średniej, podczas zaliczania sprawności w ramach tzw. Sprawny do Pracy i Obrony, rzut granatem wyszedł mi najlepiej, bo aż 50 m. Reszta kolegów rzucała około 30 m. Nauczyciel, był zdziwiony, że tak dobrze jestem wytrenowany – przecież na wojnie nie byłem, bo jestem za młody. Ja mu odpowiedziałem, że właśnie w czasie wojny się wytrenowałem. Rzucałem granatami do lasu. Jak żołnierze uciekali to przy drogach zostawiali skrzynki z bronią. Zaproszono, więc mnie na stadion we Wrocławiu i bez treningu rzuciłem 58 m. I tak trafiłem do kadry Polski. Podczas mistrzostw odpadłem dopiero w ćwierćfinale. Startowałem razem z Januszem Sidło. To on wtedy zwyciężył. W 1951 i 1952 r. rzut granatem był dyscypliną sportową, tak jak inne. Potem ją zlikwidowali, a Janusz przerzucił się na oszczep i zdobył srebro na igrzyskach olimpijskich.
Pamiętam, że należałem do nielicznych osób w Nowosiółce, które mogły potrzymać rower. Właścicielem jedynego roweru we wsi był Edward Hładkiewicz. Przyjeżdżał do Walerii Piotrowskiej, ale jej mama nie chciała, by się spotykali. Więc zajechał do nas i powiedział do mnie, że da mi potrzymać rower, jeśli zawołam Walercię. Ja oczywiście chciałem choć przez chwilę potrzymać ten rower, więc poszedłem do Piotrowskich, powiedzieć by Walercia wyszła na chwilę. Jej mama pogoniła mnie mówiąc: Co ty smarku chcesz od Walerci, nie za młody jesteś.

Wojenne losy taty

Mój ojciec był komendantem Strzelców. Podczas I wojny światowej trafił na 1,5 roku do niewoli we Włoszech. Warunki były tam bardzo ciężkie i zmarło wielu jeńców polskich. Tato pracował w fabryce zbrojeniowej i szybko opanował język włoski. Rozmawiał z Włochami i oni podrzucali mu skórki pomarańczy i cytryn. Tato zjadał je i dzięki temu jakoś przeżył. Jak trafił do niewoli ważył 92 kg, a po wyjściu tylko 48 kg. Gdy już znalazł się w Armii Józefa Hallera zjadł przeznaczony na tydzień prowiant i trafił do szpitala. Gdy tato wrócił do Polski, to od razu w 1919 r. jego oddział trafił do obrony Lwowa. Tam został lekko ranny i dalej już nie szedł ze swoim oddziałem.

Potem tato uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Podczas bitwy warszawskiej był przy obsłudze ciężkiego karabinu. Opowiadał, że lufa karabinu była aż czerwona od ciągłych serii, a Ruscy cały czas szli. Nagle za tatą, za skarpy wyszli Ruscy. Jeden z nich strzelił z karabinu do ojca i trafił go. Kula weszła pod łopatkę. Rusek ściągnął jego mundur, zabrał dokumenty. Ojca znalazły jakieś kobiety, potem zajęli się nim żołnierze i trafił do szpitala. Przez prawie miesiąc był nieprzytomny, więc nie wiedziano kim jest, oprócz tego, że to Polak. Ten Rusek, który go podstrzelił trafił potem do niewoli i odzyskano dokumenty taty. Ruski zeznał jednak, że zabił tatę, więc wysłano informację do jego rodziców, że nie żyje. Rodzice załatwili formalności u wójta i już mieli iść do księdza, a tu przyszedł od niego list. Ojciec, gdy tylko odzyskał przytomność napisał list, że jest ranny i niedługo wróci do domu. Tato na powrót do domu dostał nowy mundur. Potem, podczas II wojny światowej, gdy Ruscy wkroczyli zakopał go. Niestety nikomu nie powiedział, gdzie dokładnie.

Zbrodnia w Zalesiu i zabójstwo taty

Tato nie przeżył wojny, był jedną z ofiar banderowców, którzy mordowali Polaków. W 1945 r. ich ataki był skierowane na miejscowości znajdujące się niedaleko Nowosiółki Koropieckiej. 6 lutego 1945 r. w Baryszu zamordowali 135 osób. Wracając do Zubrzca (tam mieli swój sztab), zatrzymali się rano 7 lutego w Zalesiu, gdzie dokonali kolejnego mordu. Wszystkich Polaków mieszkających w Zalesiu spędzili do jednej zagrody i męczyli przez cały dzień. Potem martwych porąbali i wrzucali do suszarni tytuniu, którą następnie podpalili.
Zginęły tam też trzy osoby z Nowosiółki Koropieckiej. Mój tato w tym dniu jechał do Monastrzysk, by załatwić sprawy związane z kontraktacją tytoniu. Na wóz wrzucił zboże, które chciał po drodze zostawić w młynie w Zalesiu, by podczas drogi powrotnej z Monasterzysk odebrać mąkę. Do Monasterzysk w tym dniu jechał także Gudzowski. Natomiast pieszo około godziny 9-10 do Zalesia wybrała się Borkowska. Dochodząc do Zalesia zauważyła, że coś się dzieje i zaczęła uciekać, ale wtedy Ukraińcy ją dostrzegli i zastrzelili.
Ja z mamą w Zalesiu byłem na drugi dzień. Pojechaliśmy po tatę. Byliśmy tam około godziny 11.30. Hładkiewicz poprosił Rosjan z Koropca. Około 40 żołnierzy przeszło przez Nowosiółkę do Zalesia. Obstawili tę zagrodę i najpierw nikogo nie wpuszczali z rodzin. Żołnierze zawołali czterech Ukraińców, pewnie z bandy, by hakami z prętów do zbrojenia wyciągali szczątki ludzi ze spalonej suszarni. Te części, które były z głowami układali od strony sąsiada. Po głowach naliczyłem 63 osoby. Po drugiej stronie składano części bez głów i ta stera była o wiele większa od tej pierwszej. Potem okazało się, że ojciec był wyciągnięty jako trzeci. Gdy już wszystkie szczątki wyciągnięto rozpoczęło się ich rozpoznawanie. Na teren zagrody, mogła wejść tylko jedna osoba z rodziny i szukać swoich bliskich. Ja stałem na terenie sąsiedniej gospodarki, czyli bliżej stery z głowami. Gdy sąsiadka – Ukrainka wyszła z domu, by wyrzucić popiół zaczęła na mnie i pozostałych tam stojących krzyczeć, byśmy poszli, bo jej kwiaty podepczemy. Poprosiłem wtedy ruskiego żołnierza, który stał przede mną, ale za płotem, czy mogę stanąć tam. Zgodził się. Wyglądał bardzo groźnie i wciąż patrzył się w jeden punkt. Myślałem, że to jakiś bandyta. W tym czasie moja mama szukała taty. Dopiero za piątym razem poznała tatę, jak już było mało szczątek ciał. Poznała rąbek koszuli. Okazało się, że stałem około 2,5 metra od ciała taty. Gdy go odnalazła złapała się za głowę, zaczęła krzyczeć i płakać. Zrozpaczonej mamie spadła chustka z głowy, włosy rozpuściły się, do tego była cała umazana. Przestraszyłem się jej i chciałem uciekać. Ten ruski żołnierz zatrzymał mnie i powiedział: „Nie można”. Dopiero wtedy zaczął do mnie mówić. Opowiedział, że gdy zabrali go do wojska, a Niemcy weszli do jego miejscowości to jego rodzina żywcem spłonęła w domu. Dlatego tak patrzył się na ten spalony komin z suszarni, bo był taki sam, jak u niego w domu. Od tego zapachu spalenizny z Zalesia zwracałem przez cały dzień.

Podczas mordu w Zalesiu zginęło 50 osób z tej wsi, 7 z Puźnik i 3 z Nowosiółki Koropieckiej. Jakiś Ukrainiec, zorganizowany przez ruskich żołnierzy, na furmance około godziny 15.00 przywiózł rozczłonkowane ciało mojego taty. Wyrzucił je na nasze podwórko. Tato nie miał oczu, języka i uszu, osobno były: tułów, głowa, nogi i ręce.
Ziemia była zmarznięta, więc mieliśmy problem z wykopaniem grobu. Kopaliśmy razem z Cześkiem Tokarskim pod świerkiem, zaraz za dzwonnicą, blisko przy drodze. Siostra Franciszka stała na rogu i patrzyła się, czy nie idą jacyś banderowcy. Nie było tam śniegu, ale i tak ziemia była zmarznięta. Przez jeden dzień wykuliśmy około 30 cm, następnego dnia też 30 cm. Pogrzeb taty odbył się po cichu, bez księdza.

Zbrodnia w Puźnikach

12 lutego 1945 r. do Puźnik przyszło 10 ludzi ubranych w ruskie mundury i powiedzieli mieszkańcom, że mogą spać spokojnie, bo ich obronią. Powiedzieli, że muszą tylko wiedzieć, ilu jest mieszkańców i dlatego przyszli zrobić spis ludności. W Puźnikach partyzantka była dobrze zorganizowana – walczyłaby, ale banderowcy zmylili ich. Niektórzy partyzanci, zamiast czuwać na warcie poszli spać. W nocy z 13 na 14 lutego banderowcy zamordowali 110 osób. Przeżyli tylko Ci, którzy zdążyli się ukryć.

Tej nocy w Nowosiółce trzymałem wartę u Działoszyńskich. Było tam jedno pomieszczenie wyznaczone na wartownię. Takie wartownie znajdowały się we wszystkich częściach wsi. Wartę miałem ze starszym Romkiem Bazanem, który zresztą mieszkał po sąsiedzku. Czuwaliśmy do godz. 24.00, wtedy przyszła zmiana. Poszedłem spać, a Romek kręcił się jeszcze. Jak Puźniki zaczęły się palić, zaczęto bić na alarm. Nie było dzwonów na dzwonnicy, więc zawieszono łuski po pociskach, które służyły do wszczynania alarmu. Wszyscy zaczęli uciekać. Romek wrócił po mnie i pociągnął mnie za nogę, bym się obudził. Na dzwonnicę wdrapał się Krzysiek Baczyński, padły strzały w kierunku Puźnik, ale na całe szczęście żaden atak banderowców nie nastąpił.

Na drugi dzień Hładkiewicz poprosił ruskich żołnierzy, by poszli do Puźnik. Ja też poszedłem, bo mieliśmy tam rodzinę. Oni schowali się w takim przygotowanym schronie pod komórką. Przeszli z domu do schronu wykopanym kanałem. Komórka spłonęła, a rano nieprzytomnych, zaczadzonych wyciągnął ich stamtąd sąsiad. Przeżyli, tylko najstarsza córka zmarła.

Mieszkańcy Puźnik, którzy przeżyli zgromadzili się w kościele. Doszedłem tylko do drzwi kościoła, nie wchodziłem tam, ale słyszałem straszne płacze i jęki. Wszystkie ciała były już uprzątnięte. Ten który ze mną chodził, powiedział, że zostały ciała tylko tych, którzy nie mają rodziny. W jednym z gospodarstw, na podwórku leżała martwa kobieta ze swoimi dziećmi. Ona uciekała z córeczką na ramieniu, a za nią 4, 5-letni synek. Banderowiec wbił jej widły w plecy i ona upadła na ziemię zakrywając córeczkę. Natomiast chłopczyk miał wbite widły w brzuch, pewnie banderowiec chciał go wrzucił do palącego się domu. Nie zrobił tego, bo trzonek od wideł pękł. To było coś strasznego… Uciekłem do domu. Dopiero za dwa dni spotkałem się z rodziną. W Puźnikach z Nowosiółki nikt nie zginął.

Banderowcy zabili także moich dwóch wujków – Michała Rogalskiego i Mariana Karpińskiego. Oni walczyli w Batalionach Chłopskich. Karpińskiego banderowcy przyłapali jak szedł do Koropca. Jak zginął Rogalski nie wiadomo.

Wyjazd na zachód

Po tych zbrodniach Polacy zaczęli uciekać, bojąc się o swoje życie. Najpierw pojedynczo, potem zaczęto organizować wyjazd do Polski. Najwięcej mieszkańców Nowosiółki trafiło do Koropca do pałacu Badenich. Nasza rodzina na kwaterę u rodziny Ukraińców. Brat zauważył, że nasza gospodyni spotyka się po kryjomu z jakimś mężczyzną. Potem okazało się, że to jej mąż banderowiec.
Wyjeżdżaliśmy z Pyszkowiec. Na wyjazd czekaliśmy tam aż 4 tygodnie. Potem 6 tygodni jechaliśmy. To był październik, listopad 1945 r. 18 listopada przyjechaliśmy na tzw. Ziemie Odzyskane. Jechaliśmy w węglowych wagonach. By podwyższyć niskie burty stawialiśmy do góry łóżka. W wagonach panowała wszawica, świerzb. Skórę miałem popękaną, jak kora dębowa. Z pękniętych miejsc na rękach, na nogach i pod pachami sączyło. Pamiętam, jak rozłączono nas z siostrą, bo ona była akurat w innym wagonie przy naszej krowie. Dotarła do nas dopiero po trzech tygodniach.
Pamiętam, że Rogalski przywiózł całą bibliotekę ze szkoły w Nowosiółce Koropieckiej. Książki spakował w trzy skrzynie. Mnie wziął do ich układania w jego domu na Zieleńcu. Ja tak zainteresowałem się tymi książkami, że cały czas czytałem. Jedną z nich nawet zabrałem do domu, ale mama kazała mi ją odnieść. Biblioteka potem trafiła do szkoły w Jasieniu.




Wspomnienia Eugeniusza Sługockiego o Nowosiółce Koropieckiej

 

Eugeniusz Sługocki i Władysław
Od lewej: Ksiądz Władysław Sługocki (kuzyn Eugeniusza), oraz sam autor wspomnień przed grobem Rudolfa Hładkiewicza w Nowosiółce Koropieckiej.

Wspomnienia Eugeniusza Sługockiego (ur. 1936, zm. 2017 r.), spisane po wizycie w Nowosiółce Koropieckiej w 1995 r.
Rękopis udostępniony przez Elżbietę Sługocką, żonę Eugeniusza Sługockiego, przepisany przez Annę Zaleską 4, 5, 6 lipca 2019 r. (tytuł od Anny Zaleskiej).

Wspomnienia spisane z potrzeby serca

Urodziłem się „podobno” 5 października 1936 r. w Nowosiółce Koropieckiej, gmina Koropiec, powiat Buczacz, województwo tarnopolskie. To „podobno” wynika stąd, że ciocia Helena stwierdziła, że urodziny przypadły dokładnie o rok wcześniej. Swój sąd opiera na fakcie, że w rodzinie była tylko jedna kołyska, którą okupował w tym czasie jej syn Rysiu i trzeba było robić na prędce drugą (kołyskę). Jedno jest pewne, że ujrzałem świat 5 października, a to jest znak Wagi, co później okaże się nie bez znaczenia.

Do rodziny chrześcijańskiej wszedłem dzięki wikaremu Wawrzyńskiemu, który przyjeżdżał wówczas z Koropca do Nowosiółki odprawiać niedzielne msze święte. Rodzice: matka – Maria z domu Krokoszyńska, ojciec – Stanisław dali mi na chrzcie na imię Eugeniusz, później na bierzmowaniu dodali – Szczepan.

Nowosiółka Koropiecka, to nieduża licząca około 150 mieszkańców wieś, oddalona 5 km od Koropca i ok. 15 km od Niżniowa, gdzie most na Dniestrze umożliwiał dojazd do Stanisławowa. Nazwa miasta została nadana na cześć hrabiego Stanisława Potockiego, uczestnika odsieczy na Wiedeń, wielce tam zasłużonego i odznaczonego przez króla Jana III Sobieskiego. Organizacyjnie jednak Nowosiółka należała do województwa tarnopolskiego i powiatu Buczacz. Cicha i spokojna, miała interesujące położenie, wśród lasów, żyznych pół i sadów. Teren pagórkowaty mocno pofałdowany, dużo potoków i jezior – takie nasze Bieszczady. Dokoła wielkie lasy hrabiego Badeni, rozciągające się od Buczacza do Niżniowa, a na południu lasy porchowskie aż do Złotego Potoku, słynnego z tego, że był tam sąd grodzki.

Wieś podzielona była umownie, zgodnie z tradycją jakby na dzielnice.

Buczyny – nazwa wzięła się od lasu bukowego. Najbardziej zamieszkała część wsi, ze szkołą. Tutaj był nasz dom, odziedziczony po dziadku Szczepanie, który wybudował sobie – przy pomocy synów Stanisława i Antoniego nowy dom na Carynach, podobnie zresztą jak stryj Antoni.

Caryny – ta część wsi zapewne wzięła nazwę z czasów sławetnej imperatorowej carycy Katarzyny, która jak głosi legenda jadąc z Buczacza do Koropca, a stąd do Stanisławowa zrobiła tutaj popas. Ze wsi droga biegła przez Caryny do głównej drogi Buczacz – Koropiec – Niżniów – Stanisławów. Jako dzieciak najbardziej lubiłem tutaj chodzić. A to dlatego, że w licznych jarach i potokach można było znaleźć proch i amunicję, zapewne jeszcze z I wojny światowej lub z wojny sowieckiej z 1919-20 r., kiedy to bolszewicy zajęli na jakiś czas te tereny i natychmiast zaczęli zakładać, gdzie tylko się dało – kołchozy. Na szczęście w Nowosiółce nie zdążyli. Ale jak opowiadał ojciec było to pierwsze zetknięcie z bolszewizmem, ich nienawiścią do każdego człowieka tylko dlatego, że coś posiadał. Kiedy dziadkowi Szczepanowi zabrali parę koni i wóz do przewożenia broni, aby tego nie stracić (na ówczesne warunki było to wielkie bogactwo) ojciec w wieku 16-17 lat najął się za woźnicę. I tak z tymi końmi i wozem zawędrował, aż gdzieś w góry i tam przewoził broń z jednej strony gór na drugą. Udało mu się przekupić kogo trzeba i z wielkim narażeniem życia uciekł, gdyż nie chciał pomagać bolszewikom. Po tej dygresji – może do niej wrócę, gdyż o tej ucieczce i o samych bolszewikach ojciec dużo opowiadał – wracam do mojego dziecinnego żywota. Caryny pamiętam szczególnie też z tego, że tu dziadek miał wspaniały sad. Zresztą cała wieś, to był jeden wielki sad ze wspaniałymi gatunkami jabłek. To, że teren ten na sady nadawał się doskonale świadczy fakt, że kiedy stryj Władek w 1980 r. odwiedził Nowosiółkę – był to wrzesień – to już z okien autobusu z drogi porchowskiej na Caryny – widać było wielką czerwień jabłek (wieś w dolinie), a napis na drogowskazie mówił, że wieś teraz nazywa się Sadowa. Sady są więc nadal głównym bogactwem tej ziemi – kiedyś bardzo żyznej ziemi. Ponieważ ojciec miał dość młody sad, ale jednocześnie drzewa były dość wysokie, więc nam kilkuletnim chłopakom zabraniano włazić na drzewa, stąd nasze ulubione zabawy w starym, gęstym sadzie dziadków. Drogą przez Caryny, wsie Porchową i Żubrzeż ojciec często z matką wozili produkty (głównie owoce ze swojego sadu) na sprzedaż do Buczacza. Tutaj od razu robili zakupy, coś z ubrań, buty, mydła, itp. Sklepy były przeważnie żydowskie. Stąd łatwo było dostać się do Czortkowa, a dalej pociągiem do Tarnopola, miasta wojewódzkiego i nieco dalej do sienkiewiczowskiego Zbaraża z „Ogniem i mieczem”. Zaś udając na południe przez Tłuste dojeżdżamy do historycznych Zaleszczyk na granicy z Rumunią lub przez Skałę Podolską do równie historycznego Kamieńca Podolskiego („Ogniem i mieczem”). Przez Caryny i lasy porchowskie wiodła droga do Złotego Potoku, gdzie był sąd grodzki, a stąd do Kołomyji nad Prutem. Tutaj znajdowały się słynne połoniny przy rzece Czeremosz, a więc huculszczyzna, przez którą ojciec w latach kryzysu 1929-33 wędrował do Rumunii na handel.

Kiernica – jadąc w kierunku południowo-zachodnim schodziło się w dolinę, jakby duży jar, na którego dnie była studnia, z której niemal cała wieś czerpała wodę. Jaka to była wspaniała, zimna, kryształowej czystości woda źródlana, zresztą źródeł w tej okolicy było więcej, ale to w Kiernicy było największe i cała wieś zaopatrywała się tu w wodę. Dalej, jak wspomniałem rozciągał się ogromny jar z kilkoma jeziorkami i bagnami, w których kobiety moczyły konopie, a następnie obrabiały na włókna. To tędy, tym jarem w lutym 1945 r. niemal cała wieś uciekała do lasu w kierunku Koropca przed banderowcami (bandy Ukraińskiej Armii Powstańczej UPA), którymi przewodził niejaki Stefan Bandera, stąd „banderowcy”, nazwa nomen – omen pasująca do band jakimi się posługiwał w mordowaniu bezbronnej ludności polskiej i niszczenia kultury rzymsko-katolickiej. Do tego wątku trzeba jeszcze nie jeden raz wrócić, a na razie powracam do Kiernicy z jej wspaniałą wodą – do tej pory czuję jej smak, ale nie tylko. Dalej idąc skarpami dochodziło się do lasu, skał i jaskiń, w których jak już wspomniałem w mroźną, lutową noc skrywała nas matka (Józka, Krzyśka i mnie).

Kizia – to najmniejsza część wsi, w której żyła biedota. Nie mając krów, chowali dla mleka kozy, pieszczotliwie kizie, stąd ta nazwa „Kizia”. Tutaj też lubiłem chodzić, a to dlatego, że wujek Biernacki „Władzio” pięknie śpiewał piosenki, które nauczył się w czasie służby wojskowej. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Kościuszce, Bartoszu i ułanach. Żoną Władzia była siostra mojego ojca – Józia.

Koszarki – o tej części wsi najmniej zapamiętałem, mimo że tam właśnie mieszkali rodzice mojej matki – Michał i Honorata Krokoszyńscy. A tędy biegła najkrótsza droga przez las, do Koropca (ok. 3 km). Pod samym lasem właśnie mieszkali dziadkowie.

Wesoła – idąc od Kościoła na wschód, najpierw schodziło się w dolinę, którą płynął potok. Nad nimi zamieszkiwała kolonia Ukraińców, nie dużo, kilka rodzin. Dalej nad wąwozem biegła droga do Puźnik, gdzie mieszkał wujek Jan Krzesiński z siostrą mojego ojca – Joasią.

 

A więc tak, to zapamiętałem i opisałem ten skrawek Podola, na którym przyszło mi spędzić moje dzieciństwo. Było to dzieciństwo i szczęśliwe – szczególnie pierwsze lata i trudne – lata 1944-45.
A co zapamiętałem z najmłodszych lat? Ponieważ rzecz tę spisuję z potrzeby serca, nie muszę zbyt wytężać pamięci, aby opisać to, co mnie otaczało, co się zdarzyło. Myślałem o tym zawsze i aż dziw bierze, że dopiero teraz chcę to opisać. Co dzieciak żyjący na głębokiej wsi mógł wiedzieć i zapamiętać? A więc przede wszystkim kościółek z cmentarzem, szkołę, żydowski sklep, dom ludowy, pastwisko nazywane „tłoka”, pola rodzinne, sad, las, dziadków, babcię, matkę i ojca z tych najwcześniejszych lat, wesele, zimę, lato, ptaki, szerszenie, osy itp.

Kościół pod wezwaniem św. Józefa Opiekuna. Murowany, jak pamiętam z czerwonej cegły w stylu raczej gotyckim, ze smukłą, niewysoką wieżą. Obok stała dzwonnica z trzema, różnej wielkości dzwonami, które zapewne służyły nie tylko do przypomnienia o zbliżającej się mszy czy innej uroczystości kościelnej, ale również o pożarze, chociaż ja o takim pożarze nigdy nie słyszałem. Wewnątrz drewniany, pięknie wyrzeźbiony ołtarz, ambona, chór z organami. Msze, nieszpory lub inne uroczystości odprawiał przeważnie ksiądz Paprocki z Puźnik lub ksiądz Wawrzyński z Koropca. Za kościołem był cmentarz, a tam często chodziliśmy, zwłaszcza z mamą, gdyż pochowani tam byli kilkuletni brat Ryszard i siostrzyczki.

Szkoła była 4-klasowa. Budynek podobnie, jak kościół murowany z cegły, piętrowy. Tutaj w 1943 r. we wrześniu rozpocząłem pobieranie nauk od siostry zakonnej Apolonii i młodej nauczycielki z sąsiedzkiej wsi – Puźnik, która zresztą mieszkała u babci Wiktorii (dziadek Szczepan zmarł w 1942 r.). Z tego okresu pamiętam nie tylko laski pisane w zeszycie, a raczej na kartkach papieru pakunkowego, ale przede wszystkim groźną bambusową laskę siostry Apolonii. Sprawność uderzeń tą laską musiała być duża skoro na dłoni wyskakiwały „kiełbaski”. Była to jednak kobieta o dużych zdolnościach pedagogicznych, bardzo uczynna i często nas zapraszała do siebie na Buczynę. Tam po wykonaniu jakiś drobnych prac czekały wspaniałe konfitury. Pamiętam też imieniny siostry Apolonii, które ze względu na uczestnictwo dużej liczby osób, aby nie wzbudzić podejrzeń Niemców, odbyły się u babci Wiktorii. W 1944 r. (nie pamiętam miesiąca) dalsza nauka odbywała się w naszym domu, domu moich rodziców. Wojska bolszewickie zajęły szkołę na koszary – służby łączności.

Rodzinny dom zbudowany był z kamienia i gliny, parterowy, kryty słomą. Najpierw wchodziło się po wysokich, kamiennych schodkach na drewniany, duży ganek, porośnięty dzikim winem. Ganek łączył się z dużą sienią. Na prawo wchodziło się do pokoi, jeden bardzo duży, drugi nieco mniejszy, w którym po wkroczeniu wojsk bolszewickich i zajęciu szkoły na koszary wszystkie cztery klasy odbywały swoje zajęcia. Dwie klasy rano i dwie po południu. Pamiętam, że czasami nauka odbywała się razem 1 i 2-ga klasa, a potem 3 i 4-ta.

Dodatkowe wspomnienia Eugeniusza Sługockiego:




Wspomnienia Zygmunta Szafrańskiego

Zygmunt Szafrański
Zygmunt Szafrański (w środku) z kolegami już na Ziemiach Odzyskanych. Archiwum rodzinne Kulczyków.

Wspomnienia Zygmunta Szafrańskiego (ur. 1928 r.) z dzieciństwa oraz wczesnej młodości w Nowosiółce Koropieckiej, utrwalone 9 marca i 18 kwietnia 2018 r. przez Jana Biernackiego i Konrada Zaleskiego.

Opracowanie redakcyjne: Anna Zaleska

Życie w przedwojennej Nowosiółce Koropieckiej

Tam to były zimy. Żal mi się robi za takimi zimami. Śniegu było mnóstwo. Ojciec kupił tzw. pastwonik (pastwisko wraz z kawałkiem lasu) i wybudował się na górze. Nie było nawet do nas żadnej drogi ze wsi. Zresztą drogi, w Nowosiółce były kiepskie. Sołtys Franciszek Biernacki nie raz zwoływał ludzi i naprawiali oni drogi, które były w złym stanie. Ziemia glinkowata, błoto jak się zrobiło to było naprawę tragicznie. Sołtys wyznaczał także osobę, która jechała po księdza z Koropca. Ksiądz miał konie i czasami sam przyjeżdżał. Ludzie na piechotę, boso chodzili do kościoła w Koropcu.

W Nowosiółce mieszkały trzy siostry zakonne. Mieszkały przy szkole, tzn. w budynku szkolnym. Mateczka Apolonia, Julia i trzeciej imienia nie pamiętam. Julia czasami zastępowała Mateczkę Apolonię i prowadziła lekcje. Apolonia była najstarsza. Moja siostra, chciała być zakonnicą i czasami chodziła do nich. W szkole uczyły się dzieci polskie i ukraińskie. Wszystkie lekcje, oprócz religii mieliśmy wspólnie. Na religię do ukraińskich dzieci przejeżdżał ksiądz z Koropca. Kiedyś była zła pogoda i my zostaliśmy na lekcji z ukraińskimi uczniami. Ksiądz kazał mi się przeżegnać. Zrobiłem to, a on krzyknął: A ty Polak!

Lekarz do wsi nie przyjeżdżał. W pewnym okresie większość dzieci w Nowosiółce zachorowała. Ja też. Wtedy nawet lekarz przyjechał i chodził po domach odwiedzać chorych. Tak to chorego trzeba było wsadzić na wóz i jechać ponad 20 km do Buczacza. Pewnego razu żmija ugryzła mojego kolegę Janka Zaleskiego. Zawieźli jego na wozie do Buczacza. Janek wyzdrowiał.
W Nowosiółce były dwa sklepy. Pierwszy prowadziła rodzina Biernackich w swoim domu niedaleko kiernicy, a drugi miał Żyd (od red. Mekel Mendel) niedaleko kościoła. Żyd miał tzw. pretensję handlową do Biernackich i nie raz mówił do Biernackiej: „Po co wam ten sklep? Ja mam sklep, ty masz sklep?”. Wiadomo konkurencja. Biernacka odprawiła jednak Żyda z kwitkiem.
W sklepie Biernackich nie było dużo towaru. Takie to były czasy, nie tak jak w dzisiejszych sklepach. Sprzedawali oni: sól, naftę, cukier, pieczywo, czasami kiełbasę. Towary brali najprawdopodobniej od jakiegoś dostawcy, który przywoził je z Buczacza. Zresztą i mój ojciec, jak trzeba było to i takim dostawcą był. Jechał nawet do Stanisławowa po towar. Zwłaszcza zimą nikt nie chciał tam jechać.
A on jechał i nie raz nogi sobie prawie odmroził. Raz to nawet topił się razem z wozem w Dniestrze.

We wsi przed wojną były tylko dwa rowery, góra trzy. Jeden miał Edek Hładkiewicz, a drugi drogomistrz Biernacki. ( Od red. podobno trzeci rower miał Józef Tyszkowski, ale niezbyt długo, bo wjechał w jakąś kobietę, którą niestety mocno poturbował). Chłopcy z Nowosiółki wciąż zaczepiali Edka i prosili, by pożyczył im rower. Uczyli się jeździć na rowerze na pastwisku na końcu wioski. Możliwe, że rower miał także ojciec Edka, Piotr Hładkiewicz, który pracował w sądzie. Rower w tamtych czasach to był prawdziwy luksus. Ja nie jechałem na rowerze, mogłem tylko popatrzeć
z daleka.

Nowosiółka podczas II wojny światowej

To były trudne czasy, pełne strachu przed banderowcami, wojskiem niemieckimi i radzieckim. Słyszeliśmy, jak za lasem bukowym walczyli Niemcy z Armią Czerwoną. Jeden z Rosjan był postrzelony z karabinu w nogę (poniżej kolana). Wyprosił jednak, by Niemcy go nie dobijali. Najwyraźniej znał język niemiecki. Niemcy powiedzieli, by uciekał do wsi. Moja siostra, kuzyn Jan Chaszczewski i inni wzięli koc i przynieśli go do naszego domu. Do nas było najbliżej z lasu. Baliśmy się Niemców, ale trzeba było mu pomóc – przecież to był człowiek! Moja mama uczyła go pacierza. Mówił, że nazywa się Żora Kiszniewski i pochodzi z Kiszyniowa. Ożenił się i po dwóch miesiącach musiał iść na wojnę. Niestety po kilku dniach zmarł. Najwyraźniej wdało się zakażenie. Rogoziński zrobił brzozowy krzyż i sąsiedzi pochowali go w lesie. Tylko wrócili z lasu do naszego domu, a przyszedł ze wsi niemiecki kapitan. Pytał się czy to u nas był radziecki żołnierz. Kazał nam pokazać, gdzie jest pochowany. Zaprowadziliśmy go do grobu. Zdziwiliśmy się wszyscy, bo Niemiec ukląkł przy grobie i pomodlił się. Powiedział, „że szkoda, że nie wiedział, bo by go do szpitala oddali”.

Żydzi z Koropca zapłacili mężczyznom ze wsi, by wybudowali im bunkier w lesie. Od wewnątrz był on wyłożony drewnem. Co jakiś czas wychodziła z niego Żydówka i przychodziła na skraj wioski po żywność. Ludzie dawali im jedzenie – ziemniaki, chleb. Jak przyszli Rosjanie, to okazało się że tam ukrywało się m.in. pięciu mężczyzn. Jedyna rodzina żydowska z Nowosiółki zginęła (od red. Mekel i Rechla Mendel prowadzili we wsi sklep), pozostała tylko ich córka Lusia, która ukrywała się w lesie. Potem banderowcy ją zastrzelili. Bunkier stał pusty, aż do nocy kiedy banderowcy napadli na Puźniki. Wtedy to my w nim schroniliśmy się.
Spodziewaliśmy się, że banderowcy prędzej czy później napadną na nas. Cała wieś była polska, tylko kilkanaście rodzin było ukraińskich. W tym jeden był zagorzałym banderowcem. Mężczyźni byli na froncie. Marian Karpiński był w batalionie w Koropcu. Raz w tygodniu przychodził do domu w Nowosiółce. Kiedyś wracał z Koropca z Antonim Rogozińskim i Michałem Rogalski. Wpadli w zasadzkę zorganizowaną przez bandę UPA. Ich ciał nigdy nie znaleziono. Ci co zostali we wsi zawiązali oddział samoobrony. W oddziale byłem też ja oraz moi koledzy. Mieliśmy po 16, 17 lat. Oddziałem dowodził Feliks Biernacki, który miało około 40 lat. W oddziale byli: Czesiek Tokarski, Krzysiek Baczyński, Michał Wolański, a z rodziny Działoszyńskich: Mietek, Edek, Józek, Michał. Siedzieliśmy na skraju wsi u Działoszyńskich i po dwóch chodziliśmy na wartę. Gdy coś się działo, wtedy we wsi rozbrzmiewał gong, to była łuska artyleryjska powieszona na słupie między Buczyną a Rogalskimi.

Pewnego razu ( od red. 13 lutego 1945 r. ) o drugiej w nocy poszedłem na wartę z młodszym ode mnie o kilka lat Jankiem Hędzlem. Ktoś mu dał załadowany zabezpieczony karabin mauzera. Wiedziałem o tym i mówiłem do niego – „ Janek nic przy karabinie nie grzeb”. Ale jego korciło. Około 15 metrów od domu Działoszyńskich Janek spowodował wystrzał. Na całe szczęście nie postrzelił się. Ludzie wybiegli z domów. I w tym samym momencie patrzymy się, a nad Puźnikami unosi się ogromna ognista łuna. Nasz oddział poszedł na drogę w stronę Puźnik i czekał. Krzysiek Baczyński usadowił się między kościołem a laskiem i zaczął strzelać. W dali było widać, że ktoś zbliżał się z Puźnik. Feliks Biernacki zaczął krzyczeć, żeby nie strzelać, bo to mogą być uciekinierzy! Widzieliśmy jak zbliżają się do nas sanie z Puźnik. Mężczyzna, nie pamiętam jego nazwiska, miał najwyraźniej zaprzężone na podwórzu sanie i gdy banderowcy zaatakowali wieś, rzucił na nie zawiniętą w pierzynę chorą żonę i zaczął uciekać. Koń na grzbiecie był poraniony od strzałów banderowców, ale dowiózł ich. Kobietę zaniesiono do Tyszkowskich, którzy mieszkali niedaleko kościoła. Potem wraz z siostrą, która wyszła za Baranieckiego, z kilkorgiem jej dziećmi i innymi osobami uciekłem do żydowskiego bunkru, który był około 500 metrów od wioski w lesie (od red. wcześniej służył on jako kryjówka Żydom z Koropca). W bunkrze było około 20 osób. Przetrwaliśmy, ale musieliśmy uciekać z Nowosiółki.

Wyjazd z Nowosiółki na Zachód

Jak wyjeżdżaliśmy na Zachód, to wioska podzieliła się na dwie grupy. Pierwsza grupa dojechała do Zielonej Góry i Jasienia, druga do Krzeszyc. Ja z moją rodziną pojechałem drugim transportem. Odjechaliśmy z Pyszkowiec, które były położone około 6 km od Nowosiółki. Tam nie było żadnej stacji. Na przyjazd pociągu czekaliśmy na polach. Przyjechały wagony do przewożenia drewna. Do jednego wagonu wchodziło osiem rodzin z dobytkiem. Dojechaliśmy do Kluczborka. Tam podstawili nam kryte wagony, którymi dojechaliśmy w nocy do Krzeszyc. Pamiętam, że było widać, jak Rosjanie palili budynki. Gdy nastał dzień zaczęliśmy rozglądać się, gdzie by jakiś dom znaleźć. Moja siostra była żoną osadnika wojskowego i mogła wybrać, co chciała. Osiedliliśmy się przy drodze na Zaszczytowo w tzw. Zakątku Przemysławia (od red. ostatnie budynki Przemysławia przed Zaszczytowem). Siostra, matka, moi dziadkowie, zostali potem pochowani na znajdującym się w Zakątku cmentarzu. Były tam też niemieckie groby, ale ksiądz pozwolił, by chować tam także nasze rodziny.




Wspomnienia „mateczki” Apolonii Wandowicz

Wielebny Ks. Proboszcz Parafii rzym. kat. w Krzeszycach

Ośmielam się przesłać załączony egzemplarz Pamiętnika, w którym naszkicowałem życiorys i działalność S. Apolonii Wandowicz na terenach wschodnich.
Jako naoczny świadek oraz Jej uczeń kierowałem się intencja zachowania w pamięci pracy siostry zakonnej na polu religijnym i patriotycznym.
Źródłem, z którego czerpałem to wspólne nasze przeżycia wraz ze sporą grupą współziomków, którzy obecnie żyją na terenie parafii Krzeszyce.
Proszę o udostępnienie im przeczytania i przechowanie w archiwum Parafii by się nie stało własnością w prywatne ręce.
Może te notatki będą przydatne do celów religijnych czy też innych według uznania.

Łączę wyrazy naczelnego szacunku
/Piotr Hładkiewicz/

Piotr Hładkiewicz Jasień, dnia 6.X.1974r.
68-320 Jasień
ul. Żarska 21
pow. Lubsko
woj. Zielona Góra

Rzuceni losem ze wschodnich rubieży na daleki zachód unieśliśmy ze sobą wspomnienia tam gdzie spędziłem młodość i szmat życia, pozostały trwałe ślady działalności patriotyczno-religijnej, które jednak skazane są na powolne zacieranie przez czas i sytuację. Z tego procesu zanikania pragnąłbym uratować i zachować w pamięci niezapomnianą sylwetkę zakonnej Siostry Apolonii, z którą w małym ośrodku wiejskim życie związało ja ze społeczeństwem, gdzie swoim poświęceniem zdobyła zaufanie i serce w długich latach wysiłku dla Kościoła i Ojczyzny.
Pragnąłbym w ramach tych krótkich wspomnień przekazać wzór postać świątobliwej i pełnej zapału, która musiała przełamywać rozmaite trudności. Pragnąłbym również wskazać innym może jeszcze jedną więcej sylwetkę – Zakonnicy – Polki, która swoje zdolności i siły złożyła w ofiarnej służbie Bogu i bliźnim – rodakom.

A u t o r
Jasień 1970.


Mateczka Apolonia - wspomnieniaWspomnienia

670 km od Lwowa, 50 km od Stanisławowa leży historyczne miasto Buczacz. Na głazach w mieście są uwiecznione ciekawe wydarzenia: „Tu poił konia Król Jan III Sobieski”, „ Tu odpoczywał Król Jan III Sobieski”. Przy wyjeździe stoi do dziś historyczna lipa, gdzie podpisany został pokój z Turkami. Centrum miasta zdobi zabytkowy ratusz i dorodny kościół zbudowany za ówczesnego kasztelana kaniowskiego (Mikołaja Potockiego – przyp. red.). Miasto położone w kotlinie, środkiem której przepływa rzeka Strypa a uroku dodaje teren górzysty. Na jednym ze wzgórz okalających miasto zdala widnieją ruiny zamku obronnego z murami 3m grubości. Podziw budzą olbrzymie głazy głazy kilkutonowej wagi, użyte w budowie wówczas kiedy nieznane jeszcze były środki mechaniczne. Nazwy pobliskich wiosek jak Dobropole, Żyznomierz wskazują o żyznej glebie. W powiecie żyto sięgało do 2m wysokości, obornik często był zbyteczny a słoma służyła za opał.

25 km od strony południowej Buczacza płynie rzeka Dniestr, do której wpada rzeczka zwana Koropiec. Znane były dwa jarmarki, które tam odbywały się w dni wtorkowe. Za cześć pańszczyźnianych osiedlił się tam dziedzic Mysłowski w 40-to pokojowym pałacu barokowym, zbudowanym na wzór „Burgu” cesarskiego w Wiedniu. Podanie głosi że w pałacu brakło tylko jednego okna i jednych drzwi w odróżnieniu od pałacu wiedeńskiego gdyż władze nie wyraziły zgody na identyczną budowę. Jednopiętrowy pałac w kształcie owalnym, otoczony kolumnadą z kaplicą, biblioteką, salą ze szklanym sufitem, w którym mieściło się akwarium ze złotymi rybkami. Ściany ozdobione były portretami królów polskich. W starannie zagospodarowanym parku można było podziwiać rozmaite drzewa i krzewy sprowadzane – co było w modzie – z dalekich krajów.

Dziedzic chcąc zabezpieczyć swoją posiadłość od strony północnej postanowił założyć wioskę i osiedlił ją szlachtą zagrodową, mającą herby i zasłużoną w powstaniach. Odpowiedni teren znalazł 7 km od Koropca, nad małym potoczkiem, na wzgórzu opadającym ku południu. Osiedle otrzymało nazwę Nowosiółka Koropiecka. Pierwsi osiedleńcy otrzymali po 15 i 20 morgów ziemi. Jako uprzywilejowani, wolni byli od pańszczyzny. Jedynie opłacali czynsz. Jeśli który zalegał z czynszem kilka lat, bywał po prostu eksmitowany przez dziedzica a w jego miejsce osiedlał się chłop z Koropca i dostawał 3 morgi ziemi. Po zniesieniu pańszczyzny grunta odebrane stanowiły własność dziedzica tzn. grunty „ … tykalne”, które na mocy prawa utrzymały się do naszych czasów. Na tych gruntach z …. gdzie odpowiadały warunki np.: przy głównych traktach, na skrzyżowaniu dróg budowano karczmy i wydzierżawiano arendarzom. Karczmy z zajazdami i stajniami dla podróżnych służyły jako miejsca odpoczynku i schroniska przed niebezpiecznymi nocnymi jazdami. Prawo ówczesne zezwalało na budowę karczmy co 5 km. W interesie każdego dziedzica było więc jak najwięcej karczm, ponieważ przemysł był rzadkością a w każdym folwarku była gorzelnia. Przywilejem cieszyła się również Nowosiółka bo miała aż dwie karczmy, przy wjeździe do wioski i na skrzyżowaniu dróg. Karczma dla starszych była miejscem schadzek a młodzież była trzymana w „karbach” i nie miała tam dostępu na równi ze starszymi. Bywało, że ojciec posłał swego syna po tytoń czy zapałki to starsi nie pozwolili arendarzowi sprzedać.

Karczma była jedynym miejscem spotkań, załatwiania ważniejszych spraw i przeprosin. Nie brakło tam wójta i radnych, których otaczano szacunkiem. Zycie prowadzono beztrosko, nie dbano o ulepszanie mieszkań, budynków gospodarczych, o stan dróg gdzie wiosną czy jesienią błoto sięgało do kolan. Można było chodzić jedynie okrężnym ścieżkami i ogrodami. Wodę nosiło się z jednego źródła ponad kilometr odległego na „nosidle” /kononosło/.

Szkoła

Szkoła mieściła się w zwykłej lepiance krytej słomą, z pomieszczeniem po drugiej stronie dla nauczyciela. Nie było ścisłego rygoru posyłania dzieci do szkoły.
Pierwszym nauczycielem był miejscowy starszy mężczyzna, niejaki Hałuszczyński, który potrafił czytać i pisać. Dzieci miały z niego nieraz uciechę. Gdy zdrzemnął się przy pieczonych ziemniakach rzucały w swego pedagoga. Dopiero w 1900 r. pojawił się prawdziwy nauczyciel Cichocki, który wprowadził obowiązek posyłania dzieci do szkoły. Po 2 latach nową nauczycielką była panna Hryniewiecka, a po niej p. Krzyżanowska i p. Szymczukowa. Powodem częstych zmian i rezygnacji nauczycieli z posady były trudne warunki bytowe we wiosce odciętej od świata, otoczonej lasami i błotnistymi drogami. Ponadto jeszcze nie weszło w zwyczaj docenianie i potrzeba nauki. Możeby ten stan trwał dłużej, ale stało się inaczej.

Siostra Apolonia

W ostatnich dniach sierpnia 1906 r. rozeszła się wieść, że przyjechała młoda zakonnica – nauczycielka. Pierwsza posadę miała w Gródku Jagiellońskim koło Lwowa. Zainteresowało to mieszkańców a zwłaszcza dzieci. Nie chcieli wierzyć, ażeby zakonnica była nauczycielką i nie mieszkała w klasztorze. A może tylko puścili bajkę? Dzieci niecierpliwie oczekiwały dnia, kiedy rozpocznie się nauka.
Wreszcie nadszedł dzień 1-go września. Dzień był pogodny, słoneczny. Niebo bez jednej chmurki. Na trawie, niby brylanty rozsypane, błyszczała rosa, która pod wpływem ciepłych promieni zwolna zmieniała się w przyziemną mgiełkę. Dzieci jak zwykle przeżywają pierwszy dzień nauki. Na twarzach maluje się pewna powaga, ale mimo to nastrój wesoły dzieci starszych i małych szkrabów. Małe cieszą się, że mają nowe tabliczki z rysikiem na sznureczku, nową płócienną torbę uszytą przez mamusię. Ponieważ dzieci były ciekawe jak będzie uczyć nowa nauczycielka, dzieci na godzinę wcześniej niż zwykle siedziały już w ławkach szkolnych. Czy tak jak poprzednio będzie karała wiśniowym kijem co stał na szafie, czy będzie dobrą bo to siostra, mówili rodzice.
Gdy otwarły się drzwi weszła do klasy młoda zakonnica w welonie, skromnym habicie z krzyżem na piersiach. Wszystkie dzieci umilkły. Prawie wszystkie po raz pierwszy widziały zakonnicę dlatego wrażenie i przeżycie ich było wielkie. Opowiadały im później, że nie widziały ani ścian, ławek, tylko uśmiechniętą twarz Siostry. Mieszkańcy Nowosiółki Koropieckiej mieli szczególne nabożeństwo, a w październiku do Matki Boskiej odprawiali zawsze różaniec kolejno w każdym domu, na piersiach nosili szkaplerze i medaliki. Widocznie uprosili sobie u jej syna łaskę, ze Opatrzność nie zostawiła ich własnemu losowi, ale wysyła sługę zakonną by jednoczyć i utrwalać wiarę w ich małym ośrodku. Przepojona miłością Boga i bliźniego podjęła się trudnej misji kształcenia dzieci i służenia starszym. Rozpoczyna w zwykłej lepiance – szkole.

Gdy dzieci po raz pierwszy pochwaliły Pana Boga, powiedziała: „A teraz dziateczki zmówimy paciorek”. Popłynęła modlitwa: „Aniele Boży…”. zapoznanie się z dziećmi, wyznaczenie w ławkach i rozpoczęła się wstępna pogadanka. Dzieci śmiało odpowiadały, nie wiedziały jednak jak mówić – proszę Pani czy proszę Siostry. Widząc u dzieci wahanie powiedziała: „Od dzisiaj będziecie mnie nazywać Mateczka”.

Dzieci uradowane łagodnością siostry poczęły pytać jaka będzie kara dla niegrzecznych dzieci. Zrobiła gest, że chce wszystkich przytulić do siebie, powiodła wzrok po główkach dzieci i powiedziała: „Pan Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje, tchnął w niego duszę nieśmiertelną, obdarzył go rozumem i wolną wolą – żądał tylko posłuszeństwa. A kiedy pierwsi rodzice zgrzeszyli, odtrącili Raj. Złych aniołów również Bóg ukarał, z tego wynika, że na ziemi jest dobro i zło. Za dobro jest nagroda a za zło kara. Ja będę się również kierowała sumieniem i rozsądkiem. Chcę być sprawiedliwa. Kara jakaś będzie ale w ostateczności. Kij w szafie widziałam. Niech on będzie dla was przestrogą. Teraz mamy 10 minutową przerwę”. Dzieci poderwały się i rzuciły starym zwyczajem razem do drzwi.. W tłoku i zamieszaniu powstał krzyk. Kto był silniejszy i sprytniejszy pierwszy wydostał się na podwórze. I tam powstała jeszcze większa wrzawa. Krzyki, gonitwa, łapanki, a stąd na ogród i poza obręb szkoły. Chwilę patrzyła i obserwowała spokojnie, po czym klasnęła w dłonie. Zadyszane dzieciaki zbiegły się dookoła. „Słuchajcie kochane! Do dzisiaj będziemy wychodzili na przerwę spokojnie, parami. Nauczymy się wspólnie bawić, a po przerwie również parami do klasy. Powiedzcie jakie piosenki znacie? Widziałam, że chłopakom najbardziej się podoba zabawa w kotka. Nauczę was lepiej bo dobrze nie umiecie”. Dziewczynki nauczą się „stoi róża na ganku”, „ w różowym ………… wianku”. Lubiana przez dzieci jest zabawa „Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje….”. Ładna pieśń „Gdzieś ty bywał czarny baranie…” połączona z zabawą. Na następnych lekcjach nauczyła Mateczka „o żaczku wyuczonym…”. Na każdej przerwie dzieci się bawiły. Powoli „dzieci z Podoli”, piosenki i tańce ludowe z całej Polski: krakowiaki, Mazurki, Kujawiaki i piosenki góralskie nie tylko poznały ale potrafiły poprawnie zatańczyć.
Siostra cieszyła się i przeżywała, widząc beztroską i wesołą zabawę dzieci. Sama jeszcze w dzieciństwie marzyła o pracy w zakonie wśród dzieci, by wzorem i przykładem własnego życia oddać się służbie Bożej dla otoczenia.

Dla mieszkańców wioski była również wielka radość, widząc zmianę u dzieci i jak ochoczo biegły do szkoły. A po powrocie nie było końca opowiadań czego się nauczyły i chwaliły się ocenami. Oczywiście, że postęp w szkole był widoczny. Należało teraz wyuczyć dzieci o zachowaniu poza szkołą. Na ulicy zachowywać się grzecznie. Starszych pozdrawiać „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystusa”. Ze zdumienie podziwiali też starsi i nie poznawali dawnych dzieci. Zwyczaj ten przeszedł i na starszych. „Dzień dobry” pozdrawiano ludzi wyznania mojżeszowego. Chwalono Boga przy wejściu do urzędów. Dobre zwyczaje powoli zaczęły przenikać z lepianki szkolnej poprzez dzieci do całej okolicy – do domów rodzinnych.
Wraz z Siostrą Apolonią przyjechała do wioski druga, starsza Siostra Emilia, która miała w opiece dom i zajęcie w kuchni. Dużo jednak czasu poświęcała zbieraniu ziół, na których doskonale się znała. Sama wykonywała lekarstwa z rozmaitych roślin i ziół. Pomagała, leczyła dzieci i starszych. O lekarzy było trudno, było ich bardzo mało. Nie było zwyczaju z resztą chodzić po lekarzach, chyba w ostateczności. Szybko rozeszła się wieść, że Siostra Emilia dobrze leczy. Zaczęły ściągać kolejki chorych z dalekich wiosek. Domek Sióstr w Nowosiółce Koropieckiej stał się „ośrodkiem zdrowia”.

Karczma

Zainteresowanie Mateczką Apolonią zaczęło coraz bardziej wzrastać. Owocami swojej pracy. Owocami swojej pracy zwróciła na siebie uwagę władz i osobistości możnych ludzi. Jedną z nich była p. hrabina Jadwiga Badeni, żona hrabiego Stanisława z Koropca, który nabył majątek i pałac po dziedzicu Mysłowskim. Pani hrabina obserwowała pracę Siostry Apolonii i Sióstr zakonnych w Nowosiółce Koropieckiej. Bo przecież każdej niedzieli spotykała je w kościele parafialnym koropieckim. Orientowała się w warunkach życia Sióstr i trudach jakie musza pokonywać w dostaniu się do kościoła . Odległość 7 km, błoto, las, wyboje zima, jesień itd. Władze powiatowe i hrabina postanowiły wpierw zająć się budową nowej odpowiedniej szkoły. Pani hrabina ofiarowała materiał budowlany, a władze wyasygnowały fundusze na pokrycie kosztów. Miejscowa ludność świadczyła robocizną i dostawą materiałów. Po dwóch latach oddano do użytku piękny budynek szkolny, dostosowany do warunków, z dużą salą i mieszkaniem. Obok zabudowania gospodarcze i duży 2 morgowy ogród podarowany przez hrabinę. Mateczka nigdy nie narzekała na warunki pracy, ani nie interweniowała. Zawsze zrównoważona, łagodna, pracowała i modliła się. Uczyła punktualności. Często wskazywała na zegarek „z okowami św. Piotra” jaki widniał na jej habicie.
W maju 1908 r. wójt gminy Jan Tyszkowski otrzymał powiadomienie, że hrabia Badeni zapowiedział swój przyjazd w pewnej sprawie. W oznaczonym dniu i godzinie wójt i kilku gospodarzy starszych oczekiwali przyjazdu. Po przywitaniu p. hrabina Jadwiga oświadczyła najniespodziewaniej: „Budujemy kościół w waszej wiosce.”

Kościół

Fundacje kościoła przyjęła na siebie hrabina. Do mieszkańców należała tylko dostawa materiałów budowlanych. Budowa kościoła trwała trzy lata pełne. Wszyscy sądzili, że patronką kościoła będzie św. Jadwiga. Jednak władze kościelne zatwierdziły tytuł „ Opieki św. Józefa”, zdaje się na wyraźne życzenie pani hrabiny. W trzecią niedzielę po Wielkanocy 1911 r. przygotowano się do poświęcenia nowego kościoła. Cała wioska przybrała odświętny widok i wygląd. Domy odmalowano, porządek, bramy triumfalne przybrane zielenią i flagami z napisem „Witamy Dobrodziejów”. Jeźdźcy w krakowskich strojach na najlepszych koniach pod komendą byłego ułana Piotrowskiego Józefa oczekiwali 1 km przed wioską na hrabiostwo. Ustawieni po obu stronach szosy jeźdźcy czekają na umówiony znak komendanta. Gdy zauważono hrabskie powozy orszak ruszył całym pędem. Fruwały na wietrze końskie grzywy i chorągiewki. We wsi zwolnili i przedefilowali przed zebranym tłumem ludzi. Przy bramie powitanie chlebem i solą. Poświęcenia dokonał ksiądz dziekan Dziuban z Barysza. W uroczystości wzięło udział wielu przedstawicieli władz państwowych i kościelnych. Zauważono brak Mateczki Apolonii, która w kącie kościoła klęczała na posadzce i w modlitwie żarliwej dziękowała Bogu za nowy kościółek jako wielki dar dla wiernych. W czasie nabożeństwa, z wielkim wzruszeniem, aż do łez modlono się , słuchano kazania i serdecznie śpiewano pieśni mszalne.

W krótkim czasie bo zaledwie pięć lat od przyjazdu Siostry Apolonii do Nowosiółki Koropieckiejoblicze wioski tak bardzo się zmieniło. Stanęła szkoła, stanął kościół. Te dwa nowe budynki symbolizowały o potrzebie wiedzy i wiary. Jasnym było, że to owoc zarówno modlitwy jak i wysiłku Mateczki Apolonii. Postanowiła sobie wszczepiać w umysły młodego pokolenia wraz z wiedzą, miłość Boga i bliźniego. Uczyć szacunku dla rodziców i starszych, umiłowania kraju polskiego, ojczystego. W godzinach wieczornych pogłębiała wiedzę o Bogu, uczyła pieśni religijnych. Mówiono, że nasza wioska jest najbardziej rozśpiewana. W czasie wizytacji dokonanej przez księdza arcybiskupa Józefa Bilczewskiego ze Lwowa dzieci nasze wysuwały się do przodu by odpowiadać na zadawane pytania Z religii. Pytania nie były łatwe, jednak odpowiedzi były trafne i śmiałe. „Skąd jesteście i kto was uczy religii?” Dzieci wskazały stojącą daleko w tyle siostrę zakonną. Podeszła, uklękła i otrzymała od arcybiskupa błogosławieństwo.

Gmach nowego kościoła był dość duży, z jedną wieżą, zbudowany z kamienia. W miejscu gdzie stała lada z wyszynkiem, stał obecnie ołtarz. Rzeczywiście ogromne przeobrażenie. Rzeczywiście ogromne przeobrażenie. Miejsce może obrazy Bożej przemienione w miejsce chwały Bożej. Tylko ten potrafi to zrozumieć kto tam był osobiście i widział jak dokonała się ta przemiana. Ludzie teraz mają swoją świątynię. Mają możność być w kościele w niedziele i święta. Starzy, chorzy, kaleki i dzieci, którzy nie mogli się dostać do odległego o 7 km kościoła, mieli już kościół w miejscu.
Parafia Koropiec była duża i rozległa. Należały do niej kościoły filialne: Delawa, Horyhlady, Ostra, Nowosiółka Koropiecka i Werbka. Ksiądz proboszcz i ksiądz wikary mogli przyjeżdżać na razie tylko co drugą niedzielę. Z czasem w niektórych filiach powstały samodzielne parafie.

We wsi brakło karczmy. Chociaż arendarze próbowali podtrzymać zwyczaje karczemne, powoli jednak wyszły z mody.
Pokutowało jeszcze przekonanie, że bogatszy jest mądrzejszy i ma większe przywileje niż biedniejszy. Takie mniemanie ujawniło się w czasie wyborów do rad gminnych. Do 1935 r. gminy były jednostkowe. W każdej wiosce był wójt i sekretarz. Chociaż mateczka Apolonia nie była zainteresowana wyborami, wielu do niej w zaufaniu zwracało się o poradę, jakkolwiek kobiety w tym czasie nie miały głosu. Zalecała kierować się rozsądkiem i sumieniem. Kadencja wójta trwała 6 lat. I w 1912 r. po raz pierwszy wybrano gospodarza biedniejszego, ale rozsądnego i dobrego człowieka Józefa Zalewskiego. W wiosce panował coraz bardziej duch dobrorodzinny i dobrosąsiedzki. W troskach i w sytuacjach mieli dobrego doradcę i Anioła Stróża – Mateczkę Apolonię. Każdy odchodził od niej spokojny i w przekonaniu, że rozwiązała sprawę życzliwie i roztropnie. Ze względu na Mateczke starano się nawet żyć dobrze, by do niej nie dotarło nic ujemnego o kimś znajomym. W rozmowach unikano wyrazów prostackich, nie szpecono języka polskiego. Nie śpiewano publicznie niestosownie piosenek. Obok polskiego budynku szkolnego przechodzono z powagą. Nawet wesele przechodząc obok szkoły – dla uszanowania – przerywa swoje śpiewy i marsze. Jakiś duch radości, jakiś tajemniczy duch odnowy życia Bożego wiał z tego budynku, w którym biło serce Mateczki dla dziatwy, a przez nie dla ich rodzin. Odnowy życia Bożego w tych czasach potrzebowały narody i państwa, wówczas można by się, że zapanuje pokój i sprawiedliwość. Jak wiemy stało się jednak inaczej. Niedługo a rozpętała się I wojna światowa.

I wojna światowa

Już w 1912 r. zatrzymano niektóre roczniki w wojsku. Coś nie w porządku ze stosunkami miedzy Serbią a Austrią. W 1914 r. zostaje zabity następca tronu Austryjackiego, bratanek cesarza Franciszka Józefa, Książę Ferdynand Sarajewie. Dokonał tego student Gawriło Princip. Zginęła wówczas i żona Księcia, Zofia. To dało początek wojnie światowej. Na ścianie przed dzwonnicą ukazał się duży afisz z czerwonym krzyżem z grubym napisem „Mobilizacja”. „Najjaśniejszy nam panujący Cesarz Franciszek Józef I z bólem serca powołuje wszystkich mężczyzn wojskowych i rezerwistów w wieku do 42 lat, pod broń”.

Chmury zawisły nad wioską, która dopiero zaczęła tworzyć normalny i szczęśliwy żywot. W niedzielę 1-go sierpnia 1914 r. cała wioska wyszła na tłokę gminną by tam pożegnać swoich synów, ojców, mężów i bliskich na długie lata a może na zawsze. Pogodny dzień, ale słońce w tym dniu świeciło jakoś inaczej. Jakiś smutek zaciążył razem z dzisiejszym porankiem, jakby zapowiedź nieszczęść i łez dla tych co dzisiaj się żegnają. Każdy jeszcze żyje nadzieją, a może to potrwa niedługo. Przecież Serbia to małe państewko. Nie przypuszczali, że to początek wielkiego konfliktu światowego, że pociągnie szereg państw, że rozpocznie się wielka tragedia światowa.
U nas rozpoczęło się na tłoce i publicznym pożegnaniu. A kiedy ludzie padali sobie w objęcia i płacz do szedł do szczytowego momentu rozstania, dał się słyszeć głos sygnaturki z wieży kościoła na „Anioł Pański”. To codzienne przypomnienie o modlitwie, ale dziś ten głos jakby rozpaczliwy.
To Mateczka Apolonia jak zawsze punktualnie dzwoniła i modliła się, a teraz przypomniała wszystkim, że należy oderwać się na moment od spraw ziemskich i w Bogu szukać pokrzepienia. Jedną ręką pociągała za sznur a drugą ocierała chusteczką łzy z policzków. Nastała cisza. Mężczyźni jak na komendę zdjęli czapki i – chwila modlitwy. Chyba ta chwila niejednemu pozostała na całe życie. „Anioł Pański” odmawiano trzy razy dziennie bo przez dzieci Mateczka Apolonia wpajała ten chwalebny zwyczaj co również przeniosło się na starszych. Dzisiejszy poważny głos dzwonu był nie tylko wezwaniem do modlitwy, ale sygnałem wzywającym do rozłąki, do boju.

Wioska osamotniała. Niedaleko na Łysej Górze w Koropcu okopuje się wojsko węgierskie. Prowadzą powiązanych Rusinów uważanych za szpiegów. Również prowadzili starego i zacnego księdza ruskiego, kanonika Jana Proskurnickiego. Kto wie jakby to się skończyło, gdyby nie interwencja księdza rzymsko – katolickiego Michała Paprockiego, który wyjaśnił „Madziarom” nieporozumienie, gdyż oni uważali Rusinów za Rusaków.

W tym dniu, 15 sierpnia pokazały się pierwsze patrole Kozaków. Jechali grupami na małych kucykach, bardzo zwinnych, z długimi ogonami. Strój Kozaków był odstraszający. Obcisłe płaszcze z pasem, krótka wykrzywiona szabla, długa pika, dookoła pasa naboje karabinowe i przez piersi na krzyż, czapki duże z baraniej skóry, a pelerynki różnokolorowe, żółte, niebieskie i czerwone fruwały na plecach. Byli postrachem dla Żydów. Ludzie zawieszali od strony ulicy obrazy święte na znak, że tam mieszkają chrześcijanie. Wojsko kozackie dopuszczało się wielu nadużyć i gwałtów.
Mateczka Apolonia w przebraniu świeckim znalazła bezpieczne schronienie u rodzin, które były z nią szczęśliwe bo razem z nią czuły się bezpiecznie. Tam też zbierały się dzieci i starsi na wspólną modlitwę, a także pogłębianie wiedzy religijnej. Tam też dochodziły wszystkie wieści. Doniesiono smutną wiadomość, że w niespełna dwa tygodnie po pożegnaniu zginął w czasie patrolu na Łęgach 3 km od domu Jan Chaszczewski, zabity od kuli Kozaka ukrytego w lesie, pozostawiając staruszków rodziców, żonę i troje dzieci.

Moskale parli naprzód w głąb kraju. Nie mogli zdobyć twierdzy w Przemyślu. Przemyśl otoczony okopami, podziemnymi bunkrami i drutami o wysokim napięciu prawie rok był okupowany. Po 1915 roku, gdy wyczerpała się żywność, Austria zmuszona była oddać Przemyśl, ale nie na długo, gdyż po nieudanych walkach w Karpatach armia rosyjska cofnęła się do starych granic na wschodzie. Austria zarządziła drugą mobilizację, powołując pod broń mężczyzn od 18 do 52 lat. Teraz pozostały w wiosce kobiety, dzieci i staruszkowie, a nie było widoków końca wojny.

Epidemia

Kogo nie dotknęła wojna bezpośrednio, nad nim zawisła groźne widmo tyfusu plamistego. Brak lekarzy i lekarstw. W każdym niemal domu chorzy, którymi nie ma kto się opiekować. Przeprowadzano jedynie dezynfekcję wapnem i karbolem. Raz w miesiącu przychodził felczer, odkaził mieszkanie a na wrotach zatknął tyczkę z wiechciem słomy na znak, że wstęp wzbroniony pod karą.

Ryzykowny ciężar niesienia pomocy chorym na tyfus podjęła Mateczka Apolonia. W domach, gdzie nie było zdrowej ani jednej osoby, leżeli ludzie z wysoką gorączką, majaczyli, włosy z głów wypadały, nie miał kto podać szklanki herbaty by zwilżyć usta. Mateczka Apolonia z narażeniem własnego życia szła do domu z posługą chorym. Opowiadała, że na jej widok chorzy ledwo ją poznali i zdrowsi płakali. Chorzy wstydzili się, zrywali z łóżek, chowali i uciekali po kątach. Po wygaśnięciu epidemii, przychodzili i dziękowali Mateczce Apolonii za opiekę w czasie choroby, podczas gdy nawet krewni nie mięli odwagi przychodzić by się nie zarazić. „Nie mnie dziękujcie, ale Bogu i Matce Przenajświętszej, że miałam sił do spełnienia swego obowiązku.

W czasie operacji wojennych rozmaite wojska przewalały się po naszych terenach. Okropne pobojowiska pozostawały po nich. Setki trupów, wioski i osiedla rozbite i spalone, zryte okopami pola i lasy. Ludzie żyli w niepewności co im noc przyniesie. W tych koszmarnych dniach Mateczka nawoływała do modlitwy by Matka Najświętsza naszą wioskę zasłaniała płaszczem swej opieki.

Przedświt

I-go października 1918 roku rozpadły się wielkie mocarstwa. Koniec wojny. Po półtora roku niewoli i rozbicia przez trzy mocarstwa, Polska musi się zjednoczyć. Na kresach Ukraińcy próbują stworzyć swoje państwo. Obsadzili stanowiska czołowe w województwach i powatach. Wydali swoje pieniądze „karbowańce i hrywni”. We Lwowie trwają ciągle rozruchy. Życie powoli zaczyna się normować. Mężczyźni powrócili do domów, naprawiają zniszczone domy i sprzęty. Zdarzały się jeszcze sporadyczne incydenty przez cofające się na wschód wojska ukraińskie. Z karabinem w ręku zdejmowali lub zdzierali z Polaków ubrania, przeważnie wojskowe. Powstała na tym tle nienawiść, a Polacy nie byli dłużni i potrafili odwetować. Chwytano na polach i drogach Ukraińców, rozbierano do koszuli i puszczano. Mateczka bardzo to przeżywała i przestrzegała, że to nie po katolicku i może się źle skończyć. Wpływała na mężczyzn by zaniechali tych nierozsądnych czynów.

Niedługo trzeba było czekać bo w dwa tygodnie później wojska ukraińskie znowu wróciły. Wprawdzie na krótki czas, ale zdążyły obstawić wieś karabinami maszynowymi i nałożyć dużą kontrybucję. Żądanych pieniędzy wioska nie była w stanie zapłacić. Groziło to podpaleniem wioski. Ludzie znosili z domów ostatni grosz. Koło wójta stała furmanka z dużą skrzynią na pieniądze. Schwytano jeszcze ośmiu podejrzanych mężczyzn o rozbrajanie i pojedynczo odprowadzano do pobliskiego o 100m lasku. Słychać było jeden strzał. Gdy przyszli po następnego, z rozpaczą żegnali się, krzyczeli i lamentowali. Mateczka w przebraniu wśród na krok nie odstępowała, z różańcem w ręku szeptała modlitwy. Widocznie Bóg wysłuchał modlitwy, gdyż nie trwało 10 minut jak goniec na koniu dał znak do natychmiastowej ucieczki. W pośpiechu wyjechała furmanka z pieniędzmi, karabiny maszynowe wycofano, a podejrzanych mężczyzn zabrano ze sobą. Po drodze dołączono do nich księdza, staruszka czcigodnego, proboszcza z Porchowej, który żartem miał cos powiedzieć. Pod Sokołowem kazali wszystkim uciekać do lasu. Posypały się kule karabinowe. Trafiony został ksiądz i jeden mężczyzna z naszej wioski, gdyż byli na skraju lasu. Siedmiu uciekło i bosymi nogami powrócili do domów bo podeszwy od butów zostały w lesie. Przepraszali Mateczkę a Bogu dziękowali za ocalenie. Jeszcze przeżyliśmy w naprężeniu rok 1920, kiedy bolszewicy zalali Polskę aż po Wisłę. Cud nad Wisłą, jak wiemy, położył ostateczny kres wojny światowej.

Nowe życie

W 1921 roku ustabilizował się Rząd Polski. W Nowosiółce Koropieckiej również nastało nowe życie. Mateczka organizuje pracę w szkole, wzmaga wysiłki, aby zasiane przez nią ziarno na niwie wiedzy i wiary nie zmarniało, ale wydało plon. Cieszyła się i dziękowała Bogu, że mimo strasznej i długiej wojny nie było rozbitych małżeństw, dzieci nieślubnych, panowała zgoda wśród i miedzy rodzinami. Ona przecież czuła się odpowiedzialna za życie religijno – moralne. Był jedyny wypadek nieporozumień małżeńskich miedzy Julianem i Genowefą Chaszczewskimi. Sześć lat żyli oddzielnie, chcieli rozwodu, ale nie doszło do tego. Potem stali się znowu wzorowym małżeństwem, zbudowali nowy dom i wychowali troje dzieci.

Mateczka często przypominała, że życie to modlitwa, praca i dobra intencja. Swoje trudy ofiarować jako pokutę za grzechy i za dusze w czyśćcu. Człowiek jednak potrzebuje radości w życiu, nie wolno być smutnym, zwłaszcza młodzież potrzebuje rozrywki i zabaw.

Dom ludowy

I o tym pomyślała Mateczka. Dotychczas wszystkie imprezy i przedstawienia jakie organizowała, odbywały siew sali szkolnej. Ale zabaw szkolnych tam nie można było urządzać. Trzeba było szukać lokalu na wsi. Modne były festyny w porze letniej. W tym roku Mateczka szczególnie gorliwie zajęła się organizacją festynu przy pomocy młodzieży, która zbierała fanty na loterię. Kilka takich imprez przyniosło dość pokaźny dochód. Mając już pewną sumę, Siostra Apolonia wystosowała pismo do Wójta i Rady Gminnej o potrzebie budynku, w którym mieściłaby się sala do przedstawień, świetlica, kancelaria gminna i sklep spożywczy. Jednocześnie przedłożyła gotówkę z festynów i zabaw, przeznaczonych na ten cel. Inicjatywa i plan Mateczki podobał się całemu zarządowi. Wkrótce wybrano komitet budowy Domu Ludowego. Przy poparciu władz powiatowych, w przeciągu niespełna dwóch lat stanął duży budynek – jak na warunki wiejskie – zmurowany z cegły i kryty blachą. Wioska radowała się, patrząc jak na ich oczach wyrósł piękny dom, najładniejszy we wsi i, że w tym zasługa ich Siostry. Okazywali jej swą radość przez szacunek, życzliwość i pamięć o Jej dniu imienin, 9–go lutego na św. Apolonii. W tajemnicy przygotowywali rodzice swoje dzieci, gdyż inaczej na ten dzień by im znikła.

W 1936 roku przypadła 30–ta rocznica jej pracy w wiosce. Postanowiono przy okazji festynu urządzić Mateczce jubileusz. Protektorat na uroczystością został powierzony hrabiance Zofii, córce hrabiego Stefana Badeniego. Przygotowania odbywały się dyskretnie, nie udało ich się jednak utrzymać w tajemnicy. W uroczystości wzięli udział przedstawiciele władz państwowych i wioski, którzy doceniając zasługi, pragnęli złożyć gratulacje czcigodnej jubilatce. Brakło tylko solenizantki, poszła na ten dzień do domu sąsiednich sióstr w Puźnikach. Obecność jej zastąpił portret specjalnie wykonany, udekorowany kwiatami i zielenią. Imprezy takie jak festyny odbywały się na polanie, zawsze w niedzielę w godzinach popołudniowych, gdyż do południa odprawiały się msze święte. Z reguły były festyny bezalkoholowe. Nie widziało się zachwianych czy zamroczonych. „Człowiek ma być do tańca i do różańca” – mawiała Siostra Apolonia.

Druga wojna światowa

Jeszcze nie zatarły się ślady pierwszej wojny światowej, kiedy 31 sierpnia 1939 roku w godzinach popołudniowych zajechał przed gminę samochód ze starostwa z Buczacza. Referent do spraw wojskowych, Jaworski – człowiek z sąsiedniej wioski Puźniki – w towarzystwie konwojenta wnieśli zaplombowany worek z kartami powołania do wyznaczonych roczników do wojska z rozkazem natychmiastowej mobilizacji. Czarna rozpacz ogarnęła wszystkich. Rozpoczęła się druga wojna, bez porównania groźniejsza i straszniejsza. Wojna, która miała na celu wytępienie naszego Narodu. Wojna, która nie przebierała w środkach i w najbardziej wyrafinowany sposób niszczyła wszystko co polskie. Nikt nie był pewny swego życia, czy w domu, czy na froncie lub w obozie. Nasza wioska dzięki Opatrzności, pomimo kilku ofiar w ludziach, mniej ucierpiała od innych wiosek.

17 września dały się słyszeć odgłosy armat ze wschodu. Na tereny polskie wkroczyły wojska radzieckie. Związek Sowiecki objął rządy, które trwały do 21 czerwca 1941 roku, kiedy Niemcy ruszyli na wschód. Nowe władze niemieckie rozpoczęły likwidację Żydów, a Ukraińcy przystąpili do zaplanowanej akcji tępienia Polaków w sposób najbardziej barbarzyński, przy akceptacji Niemców. W sierpniu 1943 roku wymordowali banderowcy wielu w wiosce Korościatyn. W ce3lu obrony Polacy zorganizowali dużą partyzantkę ok. 600 osób, w Puźnikach odległych o 3 km od Nowosiółki Koropieckiej. Mężczyźni całymi nocami pilnowali wszystkie drogi, ażeby bandy nie zaskoczyły nieprzygotowanych. W pierwszych dniach lutego 1944 roku był napad na kolonię Mazury w pobliskim miasteczku Barysz. Rzeź trwałą do rana. „Mazurzy” dobrze się bronili. Zginęło tam ok. 40 banderowców. Chcąc się zemścić za poniesione straty , po drodze napadli na Zalesie Koropieckie. Tam cały dzień chwytali Polakó, spędzali do suszarń tytoniowych, polewali benzyną i żywcem palili. Zginęły tam również cztery osoby z naszej wioski: Michał Rogalski, Jan Chaszczewski, Józef Gudzowski i Maria Borkowska. Od Zalesia dzieliło nas 6 km. Byliśmy w strachu , którędy się skierują dalej, ale na tym się skończyło. Polacy, których życie było powiązane wiekowymi więzami z Rusinami, nie mogli pojąć co się stało z tym narodem. Jakby szatan w nich wstąpił. Żądni samoistnego państwa. Przecież współżycie z Rusinami było dotychczas zupełnie poprawne. Była wspólna wiara, tylko występowała różnica obrządków. Nic nie stało na przeszkodzie w praktykach religijnych, we współżyciu księży, w małżeństwa i chrztach. Nagle wszystko zaczęli deptać co tchnęło polskością. Wszelką świętość i węzły pokrewieństwa. Mordowano w okrutny sposób. Nie szczędzono nawet dzieci. Wymyślano rozmaite tortury. Ci, którzy przeżyli, opowiadają co widzieli na własne oczy, aż włosy jeżą się od zgrozy i od wyrafinowania wcale nie na mniejszą skalę niż w obozach koncentracyjnych. W naszej wiosce mimo, że blisko Puźnik, już nie było bezpiecznie.

Z 13 na 14 lutego 1945 roku wymordowano Puźniki. Od łuny w nocy było widno jak w dzień. Ludzie w popłochu uciekali w rowy i do lasu. Strach mieszał się z płaczem i wyciem psów. Mateczka wśród nas nie przestaje pocieszać, uspokajać i modlić się. Raniutko wieś opustoszała i zakwaterowała się w Koropcu. Tu było najbezpieczniej, gdyż był rejon i jednostka wojskowa. Od lutego do maja mieszkańcy Nowosiółki Koropieckiej przebywali na tułaczce w Koropcu, a razem z nimi Mateczka przeżywała dni smutku, utrapień i nadziei. Niedługo jeszcze, a nadzieje się spełniły. Wioska przetrwałą ciężkie wojenne czasy i wyszła cało.

W dniu 9 maja 1945 roku w godzinach rannych na Łysej Górze w Koropcu dały się słyszeć huki armat. Nie chcieliśmy wierzyć, ale strzały były zwiastunem końca wojny.

Repatriacja

Jak prze sześcioma laty wielki smutek i trwoga ogarnęły wszystkich na słowo „wojna”, tak teraz wielka i nieopisana radość zapanowała na słowo „pokój”. Koniec wojny! Niezdolny jestem opisać to co przeżywałem i to co przeżyli wszyscy, którzy doczekali tego upragnionego dnia.
Ukazała się gazeta polska . na pierwszej stronie dużymi literami napis POLSKA z fotografią Bolesława Bieruta i marszałka Roli Żymierskiego. Dla nas najważniejsza wiadomość , że Polacy mogą wyjechać na zachód na ziemie odzyskane.

Urząd do spraw repatriacyjnych przygotował druki zgłoszeń i kart majątkowych. Cieszyliśmy się ,że z tej atmosfery nienawiści ukraińskiej do Polaków, mając w oczach okropności morderstw, możemy wyjechać jakby na drugi koniec świata. Przed wyjazdem władze rejonowe zarządziły uprawę swego pola i zdania kontyngentu. Jakoś szczęśliwie uporano się z robotą w polu i rozpoczęto gorączkowe przygotowanie do wyjazdu, ażeby przed zimą znaleźć się już na zachodzie.

Czekało nas jeszcze wiele trudności. W Buczaczu tunel zawalony. Trzeba jechać 26 km dalej, do Pyszkowiec. Osiem tysięcy Polaków i czekało tam na transport pod gołym niebem. Noce jesienne chłodne. Trzeba było postarać się o drzewo oraz słomę i budować szałasy. Mieszkaliśmy jak żydzi podczas wędrówki do Ziemi Obiecanej. Tygodniami czekaliśmy na wagony. 1 – go października 1945 roku ostatnia furmanka opuściła naszą wioskę. Razem 103 rodziny oczekiwały na wyjazd. Razem z parafianami wyjechali księża. Codziennie w budach odprawiała się Msza święta, a rzesza ludu śpiewała „Serdeczna Matko … zlituj się, zlituj niech się nie tułamy”. Ile tam łez wylano, bo przecież opuszczają na zawsze to co najdroższe, z czym się zżyli, gdzie wyrośli, gdzie każda ścieżyna, każdy krzew, każdy próg świadczy o polskości. Trzy tygodnie czekano jeszcze na wagony. Dnia 17 – go października podstawiono 12 wagonów krytych, w tym dwa na bydło. Mogło wyjechać tylko 70 rodzin , 33 miało dalej czekać na następny transport.

Siostra Apolonia zdecydowała się jechać ostatnim transportem.
Warunki jazdy były bardzo trudne, ledwie mogli pomieścić się ludzie wraz z bagażami. Ogromny tłok. Chorzy i starzy bardzo odczuli trudy dalekiej drogi w zwierzęcych wagonach. Dopiero w Jaśle można było wsiąść do pociągu osobowego, kto nie musiała się opiekować dobytkiem. Postój w Jaśle trwał cztery dni. Tam otrzymaliśmy 35 bochenków chleba na 70 rodzin. Starosta proponował nam osiedlenie się na tamtych terenach. Byliśmy skłonni tam pozostać, ale poinformowano nas, że w tych okolicach grasują bandy i palą wsie. Mówiono, żeby jechać jak najdalej od tych „nożowców”. W cygańskich i urągających warunkach pojechaliśmy dalej. Postoje na kolejnych stacjach przedłużały się a nieuczciwi pracownicy kolei na rozmaity sposób wyłudzali pieniądze i i co mogli od repatriantów. Trzeba było po prostu zbierać pieniądze, żeby na „okóp”, ażeby nie dopuścić do rozbicia transportu. Trasą Przemyśl – Poznań – Żary dotarliśmy do Jasienia 15 listopada 1945 roku. Część osiedliła się w samym Jasieniu, a reszta w okolicy. Jasień stał się parafią. Pierwszym proboszczem był ksiądz Tytus Korczyk, który przybył tam wraz z parafianami z Bitkowa koło Stanisławowa, miejscowości bogatej w złoża naftowe.

Wyjeżdżając z Nowosiółki Koropieckiej zabraliśmy ze sobą szaty liturgiczne, naczynia i niektóre przedmioty kościelne i te złożyliśmy na ręce Ks. proboszcza w Jasieniu. Drugi transport naszych parafian osiedlił siew powiecie gorzowskim. Mateczka posłuszna swoim przełożonym została skierowana do Piły w województwie poznańskim.
W sierpniu 1946 roku, w czasie wakacji, otrzymała zezwolenie i odwiedziła wszystkie rodziny i odwiedziły wszystkie rodziny z Nowosiółki. Jak dobra matka, radowała się razem z nimi i udzieliła swoich rad. Gromadnie w towarzystwie starszych i dzieci prowadzono ją po wioskach. Mówiła: – Zawsze jestem z Wami blisko sercem, ale to wszystko są tylko uczucia ziemskie. Będę się modliła, ażeby Bóg miał Was w swojej opiece. Nie zapominajcie w swoich modlitwach o mnie, by moja pielgrzymka ziemska była miła Bogu i skończyła się szczęśliwie. To były Jej ostatnie spotkania, a zarazem pożegnanie ze swoimi.

Od tego czasu nie mieliśmy kontaktu z Siostrą Apolonią. Nieznane miejsce jej pobytu. Wszelkie życzenia świąteczne i imieninowe pozostały bez echa. 3 lutego 19674 roku byli wychowankowie Siostry Apolonii zwrócili się do Kurii Metropolitalnej w Poznaniu o błogosławieństwo dla Mateczki i o skierowanie do niej pisma w imieniu repatriantów z Nowosiółki Koropieckiej jako wyraz uznania za jej wkład w wychowanie religijne Polonii ze wschodu, które tak żywe pozostawiła ślady. Po roku nadeszła wiadomość z kurii, że Mateczka przebywa w Domu Starców w Wieleniu nad Notecią, powiat Czarnków. Osobiście miałem możność ją odwiedzić 23 lutego 1966 roku, w Środę Popielcową. Spotkanie miało miejsce w świetlicy, utrzymanej wzorowo i nastrojowo. Gdy oczekiwałem, wspomniałem sobie, jak 60 lat temu czekałem w szkole w Nowosiółce wraz z dziećmi klasy III – ej na pojawienie się zakonnicy – nauczycielki. Pamiętam tę chwilę, utkwiła mi w pamięci postać „sługi Bożej”. Wnet otwierają się drzwi, wchodzi ta sama, poważna, skromna, o łagodnych rysach zakonnica. Pochwaliłem Pana Boga i wyrwało mi się spontanicznie słowo: „Mateczka!”. Zbliżyłem się i zauważyłem, że mnie nie poznała. Zrozumiałem, przecież tyle lat. Ale kiedy wymieniłem swoje nazwisko, twarz jej się rozjaśniła i zawołała: „Piotruś!”. Wypytała o swoich wychowanków. Powiedziała, że ma słaby wzrok, nie widzi godziny na zegarku, ale orientuje się po promieniach słońca jaka pora dnia. Chociaż kościółek tuż obok domu, już nie ma sił dojść. Komunię świętą przynosi jej Ksiądz Kapelan. Kiedyś 7km do Koropca nie było za daleko. Nieraz ludzie mówią, że kościół, modlitwa, różaniec to dla starych. Nie wiedzą, że wówczas za późno zaczynać. Dolegliwości i wszelkiego rodzaju cierpienia przytłaczają człowieka i też nie ma czasu na modlitwę ani chodzenie do kościoła jak niedołędze.

Gdy patrzyłem na Siostrę Apolonię, staruszkę, jakby na taśmie filmowej widziałem jej pracę, piękny, świętobliwi i pełen poświęcenia żywot. Od chwili przyjścia na świat aż do momentu obecnego, kiedy taśma jej życia była już na ukończeniu. Swą miłością bliźniego ujęła wszystkich. Ludzie obrządku grecko-katolickiego, którzy zostali na wschodzie, często w listach zapytywali i prosili o informacje co się dzieje z Mateczką Apolonią. Nasza rozmowa i nasze spotkanie miało się ku końcowi. Zdawałem sobie sprawę, że to była moja ostatnia wizyta pożegnalna i ostatnie spotkanie.

Żyj w pamięci

Rzecz naturalna. Przeżyła piękny wiek, bo 87 lat. 6 październik 1970 roku Mateczka Apolonia ukończyła bieg życia. Dla nas, którzyśmy Ją znali i wespół przeżyli lata doli i niedoli, to nie był przeciętny człowiek. To wzór zakonnicy – pedagoga. Przede wszystkim wzór świątobliwości życia. Nie chciałbym, ażeby ślady tego życia i pracy tak szybko zaginęły. Dlatego starałem się choćby w tym skrócie opisać i przekazać przebieg Jej działalności, a właściwie bieg Jej życia, które w szczytowym okresie przeżyła razem z nami.
Jestem w posiadaniu pewnych pism i zdjęć, które mogą uzupełnić kronikę Jej życia.
Niech te wspomnienia będą zachętą do zachowania tego, co przekazała swoją pracą i przykładem. Niech będą pobudką do własnego życia przykładnego, a w czasie prób pozostania wiernym najwyższym ideałom, którym służyła Mateczka Apolonia.

Bogu i Ojczyźnie

Zdjęcia

 

ZDJĘCIE SIOSTRY APOLONII WANDOWICZ

Apolonia WandowiczSiostra Zakonna Apolonia Wandowicz, urodzona 9 lutego 1883 roku. Od roku 1906 do 1945 nauczycielka szkoły powszechnej w Nowosiółce Koropieckiej, powiat Buczacz, województwo Tarnopol. Zmarła 6 października 1970 roku w Domu Starców w Wieleniu nad Notecią, powiat Czarnków, województwo Poznań. W uznaniu Jej zasług poświęcam ten pamiętnik.
Trzeba wielkiej Łaski Bożej, by można promieniować i wpływać na drugich, swoją skromnością i dobrodusznością dawać wyrazy godności i poszanowania swego stanu.

ZDJĘCIE PANORAMY MIASTA BUCZACZ

Buczacz

Zabytkowe miast Buczacz, widok wschodniej części, gdzie w dole płynie rzeka Strypa, a u góry Cerkiew o. o. Bazylianów. Dalej ciągnie się góra Fedor, miejsce masowej likwidacji żydów. Miasto przetrwało wojny Turków i Tatarów. Pamięta czasy panowania Kasztelana Kaniowskiego. Gościło Króla Jana III Sobieskiego. Kościół, Ratusz i źródła upamiętnione są napisami na głazach. Jeszcze dzisiaj można oglądać lipę z XV wieku, pod którą król Jan III Sobieski zawarł pokój z Turkami.

ZDJĘCIE PAŁACU W KOROPCU

Pałac w KoropcuPałac z XVII wieku dziedzic Mysłowskiego. Na frontowej fasadzie była wmurowana marmurowa tablica wypisana złotymi literami: „Ród Mysłowskich po wieczne czasy”. A jednak syn dziedzica, młody, lekkomyślny i rozrzutny, na którego dziedzic nie miał wpływu, doprowadził majątek do upadku. Jedyną deską ratunku było sprzedać lasy na wyrąb. Wiekowy las liściasty o obszarze 4500ha, mógł zaspokoić zadłużenie, choć nie w całości. Zezwolenie zależało wówczas od ówczesnego Marszałka Sejmu Galicyjskiego, Kazimierza hr. Badeniego, który miał przyobiecać, a podpisu odmówił. Mysłowski zmuszony był sprzedać majątki wraz z folwarkami: Rozrywką, Werbką, Zalesiem Koropieckim, Zubrzcem i Koropcem. Kupił wraz z długami Kazimierz hr. Badeni i tą drogą stał się właścicielem folwarków i pałacu. Hr. Badeni miał trzech synów. Jan był kanonikiem w katedrze we Lwowie. Stanisław osiadł w Koropcu i ożenił się z panną Jadwigą, byli bezdzietni.
W 1893 roku Alfred Mysłowski sprzedał majątek marszałkowi sejmu galicyjskiego Stanisławowi hr. Badeniemu (1850-1912), który osiadł w Koropcu i ożenił się z panną Jadwigą. Pani hr. Jadwiga zainteresowała się warunkami w jakich żyła i pracowała Siostra Apolonia. Ofiarowała materiał na budowę szkoły, a następnie pobudowała kościół. Ostatnim właścicielem Koropca był syn Stefan Badeni (1885-1961).
Przygotować notę!!!

RYCINA STAREJ SZKOŁY

Szkoła

Stary budynek szkolny pobudowany w drugiej połowie XVIII wieku nie różnił się wyglądem od innych chałup we wsi, ani też nie odpowiadał warunkom swego przeznaczenia.

RYCINA PIERWSZEJ LEKCJI SIOSTRY APOLONII W SZKOLE

LekcjaPierwsza lekcja młodziutkiej siostry zakonnej „Mateczki” Apolonii Wandowicz w szkole powszechnej w Nowosiółce Koropieckiej dnia 1 września 1906 roku. Ktoby mógł przypuszczać, że ta skromna zakonnica przeobrazi wioskę, a dla jej mieszkańców i okolic będzie wzorem kształtowania życia w miłości Boga i bliźniego. W tym duchu przez 40 lat wychowywała młodzież. Wioska przybrała kształt poletka na niwie Bożej, a na nim wypielęgnowany piękny kwiat miłości.

RYCINA ZABAWY SIOSTRY APOLONII Z DZIEĆMI

Dzieci

Siostra Mateczka Apolonia bawi się z dziećmi w czasie przerwy na podwórzu szkolnym. Ona młodziutka chce się także bawić.

RYCINA STAREJ KARCZMY

Karczma

To zasługa Siostry Apolonii, że wiekowa karczma, gdzie arendarz sprzedawał wódkę, została zburzona, a na jej miejscu zbudowano kościół.

RYCINA KOŚCIOŁA

Kościół

Kościół filialny pw. Oblubieńca św. Józefa w Nowosiółce Koropicekiej, należący do parafii w Koropcu poświęcony w 1911 roku.

RYCINA BŁOGOSŁAWIEŃSTWA SIOSTRY APOLONII PRZEZ ARCYBISKUPA

Arcybiskup

Jego eminencja Ks. Arcybiskup Józef Bilczewski ze Lwowa w czasie wizytacji Parafii Koropiec podziwiał umiejętność nauki religii z Nowosiółki Koropieckej. Gdy zapytał, kto ich uczy, młodzież rozstąpiła się by odsłonić daleko w tyle stojącą Siostrę Mateczkę Apolonię. Podeszła, uklękła i otrzymała błogosławieństwo.

RYCINA NOWEJ SZKOŁY

Nowa szkoła

Modlitwą do Matki Bożej siostra Apolonia ufała, że wyprosi za Jej pośrednictwem pomoc w budowie nwego budynku szkolnego. Prośba została wysłuchana. W przeciągu dwóch lat na miejscu starej szkoły – lepianki pod słomianym dachem, stał nowy budynek odpowiadający wymogom swego przeznaczenia.

RYCINA DOMU LUDOWEGO

Dom ludowy

Siostra Apolonia była wzorem życia ludzkiego i Bożego. Nauczyła mieszkańców naszej wioski śpiewać i modlić się, kochać Boga i ojczyznę. Ćwiczyła i przygotowywała młodzież do przedstawień i występów. Imprezy odbywały się w szkole. Po przedstawieniu młodzież chętnie urządzała sobie zabawę taneczną, ale gdzieś w prywatnym mieszkaniu. Ze względu na wielki szacunek do Mateczki, nikt nie ośmieliłby się zakłócić spokoju nocnego. Wioska, która liczyła około 180 rodzin, nie miała gminnego budynku, gdzieby mogła być kancelaria gminna, świetlica, sklep itp. Z inicjatywy Mateczki Apolonii pobudowano dom ludowy o rozmiarach 13m na 9m, w którym znalazło się miejsce na ww. potrzeby wraz ze sklepem kółka rolniczego i biblioteką włącznie.

ZDJĘCIE – PANORAMA MIASTECZKA JASIEŃ

Jasień

W centrum kościół rzymsko-katolicki pw. Matki Bożej Różańcowej, zbudowany w Roku Pańskim 1660. Do parafii w Jasieniu należy sześć wiosek: Jabłoniec z kościołem filialnym, Budziechów z kościołem filialnym, Lisia Góra, Zieleniec, Golin i Brodziec. W tejże parafii osiedliło się 15 listopada 1945 roku 70 rodzin z Nowosiółki Koropieckiej.

ZDJĘCIE – AUTOR MODLĄCY SIĘ

Rzeźba

Zdjęcie jednej z rzeźb w ołtarzu kościoła parafialnego w Żaganiu, przedstawiającej świętą Apolonię, patronkę cierpiących na ból zębów. Zdjęcie zrobione w dniu imienin siostry zakonnej Rodziny Marii Apolonii Wandowicz, dnia 9 lutego 1970r. Autor na modlitwie.

ZDJĘCIE – SIOSTRY FRANCISZKANKI

Siostry Franciszkanki

Grono sióstr franciszkanek Rodziny Marii w Piłce, Archidiecezja Poznańska. W pierwszym rzędzie siedzą od lewej: pierwsza siostra Apolonia Wandowicz i trzecia Wesołowska z Puźnik, wioski odległej 3km od Nowosiółki Koropieckiej, gdzie nocą z 12 na 13 lutego 1945 roku ludność została wymordowana. Wyszedł cało ten, kto ukrył się w kościele.

ZDJĘCIE – GRÓB

Grób

Oto cmentarz w Wieleniu nad Notecią, w powiecie Czernków, województwo poznańskie i grób wiecznego spoczynku świętej pamięci siostry zakonnej, nauczycielki i Mateczki – Apolonii Wandowicz. Nazwa cmentarza: cmentarz zakładowy, odległość; 600 metrów od Domu Starców.

Listy i dokumenty

Jasień, dnia 5 lutego 1968 roku

Wielebna Siostra Przełożona
w Domu Starców

Zwracamy się z prośbą by w dniu 9 lutego br. Była odprawiona msza św. W Waszej Kaplicy w intencji naszej Mateczki, Siostry Apolonii Wandowicz, zasłużonej jubilatce w 85 rocznicę urodzin. Ofiarę wkrótce nadeślemy.

Pozostajemy zawsze oddani sprawie Bożej,
Mieszkańcy parafii Jasień, Powiat Lubsko,
województwo Zielona Góra

 

Poznań, dnia 15 marca 1968 r.
L. dz. 1114/68

Arcybiskup Poznański
Herb

Wielebna
Siostra Apolonia Wandowicz
Wieleń n. Notecią

Czcigodna Siostro Jubilatko!

Niedawno doszła mnie wiadomość o pięknym i rzadkim jubileuszu, jakiego Pan Jezus pozwolił Siostrze doczekać . Jubileuszu sześćdziesięciu lat ślubów wieczystych w Zgromadzeniu Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Wielka to łaska przez lat sześćdziesiąt nieprzerwanie i ofiarnie służyć ludziom i być złączoną z Bogiem w Trójcy Świętym Jedynym węzłem profesji wieczystej.
Znane mi są dzieje i prace zakonne Czcigodnej Jubilatki. Po kilku latach działalności w różnych miejscowościach archidiecezji lwowskiej, przebywała Siostra przez czterdzieści siedem lat we wiosce Nowosiółki Koropieckiej w powiecie Buczackim, dokąd posłuszeństwo zakonne Siostrę skierowało. Zastała tam Siostra smutnej sławy karczmę i lichą szkołę mieszcząca się w lepiance strzechą krytej. Już po kilku latach, zabiegliwym staraniem Siostry, na miejscu karczmy stanął murowany kościół, przy nim zaś nowa duża szkoła.
W tej wiosce przez blisko lat pięćdziesiąt pracowała Siostra cicho i niezmordowanie jasko nauczycielka, wychowując liczne pokolenia dziatwy i młodzieży. Mieszkańcy tej wioski z wdzięcznością podkreślają, że oddana całkowicie służbie Bogu, nauczyła ich Siostra modlić się, śpiewać, kochać Boga i Ojczyznę, dzieląc z nimi niedolę zawieruchy dwóch wojen światowych.
Po ostatniej, okrutnej wojnie, działała Siostra chwalebnie przez dwadzieścia lat w Piłce, w mojej Archidiecezji, zanim steraną wiekiem i trudami apostolskiej pracy władze zakonne umieściły (ją) na zasłużony wypoczynek w Wieleniu, gdzie dziś jeszcze buduje swoje otoczenie swoją postawą zakonną.
Dzisiaj, już po uroczystościach, przesyłam Czcigodnej Jubilatce wyrazy podziękowania Kościoła za jej gorliwość, zapał i wieloletnie trudy i życzę radosnego przeżywania sędziwego wieku w spokoju, w gronie miłujących i miłowanych Sióstr zakonnych.
Czcigodnej Jubilatce, wszystkim Jej dawnym, wzruszająco oddanym i wdzięcznym wychowankom oraz wszystkim Drogim Siostrom z serca błogosławię.

Antoni Baraniak
Arcybiskup Metropolita

Kopia listu dnia 25 marca 1968 roku przez Wikariusza Generalnego Archidiecezji Poznańskiej została przesłana do wiadomości Pani Gizeli Flinta na adres ul. Kościuszki 30, Jasień, województwo Zielona Góra.

Sława, dnia 5 czerwca 1966r.

Szanowny Panie Piotrze!
Bardzo to piękny gest i pomysł uczcić dostojną Jubilatkę Siostrę Apolonię pamięcią w modlitwie aż trzech Mszy św. w dniu 9 lutego oraz spotkaniem delegacji z Matką Solenizantką.
Przyznam, że to rzadkie, abyśmy pamięcią i szacunkiem wychowanków i współziomków wobec sędziwej osoby zakonnej. Niech to będzie dla Siostry Apolonii radością Jej wieku i podniesieniem na duchu.
Szanowny Panie Piotrze! Gdy dojdzie do skutku Wasze spotkanie z nią, proszę również oświadczyć ode mnie, chociaż zapewne mnie nie pamięta, wyrazy głębokiego szacunku dla wielkiej zakonnicy, patriotki. Łączę się duchowo we Mszy św. i jak najwięcej dla Niej upraszał będę u Najwyższego. Co do programu delegacji to chyba największym prezentem jest sam przyjazd delegacji, udział we Mszy św., przyjęcie Sakramentu św. i wspólna herbatka.
Łączę serdeczne pozdrowienia dla wszystkich Krajanów

wyrazy szacunku
Ks. Prałat Tomkiewicz Kazimierz

Wieleń n/Notecią, 9.10.71

Wielce Szanowny Panie!
Trochę późno odpisuję ale była kilka dni poza domem. Serdecznie dziękuję za pamięć o śp. Drogiej naszej Siostry Apolonii Wandowicz. Msza św. została odprawiona i modliliśmy się serdecznie. Niestety żadna z naszych sióstr nie posada fotografii, ale napisałam do siostry Stefanii Micek, może cos znajdzie, albo może ktoś w Piłce będzie miał. Sp. Siostra Apolonia Wandowicz zmarła o godzinie 10 rano. Jeszcze tego dnia o godzinie 7.30 przyjęła małą cząstkę, pod którą kryło się Ciało i Krew Przenajdroższa Pana Jezusa. Od godziny 9 modlił się ksiądz kapelan razem z siostrami do chwili skonania. Trudno ustalić czy cały czas była przytomna. Były momenty, że można było wnioskować, że modli się razem. Mimo cierpień, porażenia połowy ciała, była bardzo spokojna, cichutka, skupiona. Zdjęcie grobu przyślemy, nie miał kto zrobić, ale już umówiony fotograf. Bardzo prosiłmy o przesłanie jednego egzemplarza wspomnień, które po przeczytaniu odeślemy do Aechiwum Zgromadzenia, by posłużyło do historii Zgromadzenia, a młode siostry miały wzór ze swojego własnego podwórka. Jeszcze raz serdecznie dziękuję za pamięć tak życzliwą.

z wyrazem poważania
s. Franciszka Paszym RM

Wieleń 13.2.1967r.

Droga Pani i Zacni Przyjaciele Siostry Apolonii!

Za tak miłą pamięć o S. Apolonii serdecznie „Bóg zapłać”. Jak na Jej wiek to czuje się dobrze. Chodzi codziennie do kaplicy, dużo się modli, jak sama mówi, za wszystkich kogo w życiu spotkała i z kim miała do czynienia. Pierwsze miejsce zajmują mieszkańcy Nowosiółki.
Co do Mszy św. to będzie odprawiona w naszej kaplicy dn. 15 marca. Ofiarę proszę przesłać na adres S. Apolonii.
Od siebie i S. Apolonii życzę błogosławieństwa Bożego i opieki Matki Niepokalanej, naszej Królowej.

Serdeczne pozdrowienia w Panu
S. Maria Tworzydło

Wieleń 5.X.1970r.

Szanowna Pani Hładkiewicz!
Zawiadamiam, że siostra Apolonia Wandowicz jest konająca. Jak był raz p. Hładkiewicz to prosiła, żeby powiadomić o śmierci, więc spełniam życzenie. Proszę powiadomić wszystkich, a kiedy będzie pogrzeb to przyślemy telegram.

Łączę wyrazy szacunku
S. Bronisława Malitowska

Poniedziałek 5.X.1970 – pisany list, że S. Apolonia konająca
Wtorek 6.X.1970 – telegram o śmierci o godz. 10-tej
Piętek 9.X.1970 – pogrzeb o godz. 14-tej.


Dokument źródłowy:




Spisy wyborców

Spis wyborców z Nowosiółki Koropieckiej z 1930 roku

– Feliks Biernacki, zamieszkały pod 57 numerem, 31 lat
– Władysława Biernacka, zamieszkała pod numerem 88, 36 lat
– Antonina Biernacka, zamieszkała pod numerem 88, 32 lata
– Maria Biernacka, zamieszkała pod numerem 45, 51 lat, mieszka w Nowosiółce od 30 lat
– Marcela Biernacka, zamieszkała pod numerem 45, 35 lat, mieszka w Nowosiółce od 15 lat
– Władysław Biernacki, zamieszkały pod numerem 90, 61 lat
– Zofia Biernacka, zamieszkała pod numerem 90, 55 lat
– Cecylia Biernacka, zamieszkała pod numerem 4, 41 lat
– Marian Borkowski, zamieszkały pod numerem 12, 49 lat
– Maria Borkowska, zamieszkała pod numerem 12, 43 lata, od 25 lat mieszka w Nowosiółce
– Michał Baraniecki, zamieszkały pod numerem 52, 47 lat
– Eleonora Baraniecka, zamieszkała pod 52 numerem, 41 lat
– Stanisław Borkowski, zamieszkały pod 14 numerem, 45 lat
– Stefania Borkowska, zamieszkała pod numerem 14, 41 lat, mieszka w Nowosiółce od 20 lat
– Łukasz Biernacki, zamieszkały pod numerem 13, 54 lata
– Franciszek Biernacki, zamieszkały pod numerem 46, 35 lat
– Józefa Biernacka, zamieszkała pod numerem 46, 32 lata
– Jan Biernacki, zamieszkały pod numerem 23, 38 lat
– Kornelia Biernacka, zamieszkała pod numerem 23, 37 lat
– Antonina Biernacka, zamieszkała pod numerem 24, 57 lat
– Józefa Biernacka, zamieszkała pod numerem 24, 30 lat
– Maria Bekierska, zamieszkała pod numerem 25, 61 lat
– Grzegorz Bazan, zamieszkały pod numerem 76, 63 lata
– Józef Bazan, zamieszkały pod numerem 76, 32 lata
– Stefania Beilinger, zamieszkała pod numerem 77, 40 lat
– Jan Basamanowicz, zamieszkały pod 33 numerem, 47 lat
– Honorata Basamanowicz, zamieszkała pod 33 numerem, 45 lat
– Zofia Burzyńska, zamieszkała pod numerem 74, 41 lat
– Maria Julia Biernacka, zamieszkała pod 50 numerem, 45 lat
– Eleonora Biernacka, zamieszkała pod 36 numerem, 58 lat
– Bronisława Biernacka, zamieszkała pod 54 numerem, 61 lat
– Anna Biernacka, zamieszkała pod 39 numerem, 48 lat
– Julia Biernacka, zamieszkała pod 16 numerem, 55 lat
– Anna Bednarczuk, zamieszkała pod numerem 55, 65 lat, mieszka w Nowosiółce od 10 lat
– Anna Biernacka, zamieszkała pod numerem 2, 73 lata
– Feliks Bandziak, zamieszkały pod numerem 102, 46 lat, mieszka w Nowosiółce od 6 lat
– Katarzyna Bandziak, zamieszkała pod numerem 102, 40 lat, mieszka w Nowosiółce od 6 lat
– Michał Biliszczuk, zamieszkały pod numerem 104, 56 lat, mieszka w Nowosiółće od 2 lat
– Józefa Biliszczuk, zamieszkała pod numerem 104, 48 lat, mieszka w Nowosiółce od 2 lat
– Antoni Ćwik, zamieszkały pod numerem 91, 39 lat, mieszka w Nowosiółce od 10 lat
– Wiktoria Ćwik, zamieszkała pod numerem 91, 35 lat
– Julian Chaszczewski, zamieszkała pod numerem 1, 52 lata
– Genowefa Chaszczewska, zamieszkała pod numerem 1, 49 lat
– Jan Chaszczewski, zamieszkały pod numerem 68, 31 lat
– Eulalia Chaszczewska, zamieszkała pod numerem 66, 45 lat
– Józefa Chaszczewska, zamieszkała pod numerem 30, 56 lat
– Anna Czarna, zamieszkała pod numerem 95, 57 lat, mieszka w Nowosiółce od 10 lat
– Michał Diwald, zamieszkały pod numerem 69, 63 lata, mieszka w Nowosiółce od30 lat, jest kupcem
– Władysław Działoszyński, zamieszkały pod numerem 37, 40 lat
– Paulina Działoszyńska, zamieszkała pod numerem 37, 35 lat
– Wiktoria Działoszyńska, zamieszkałą pod numerem 37, 34 lata
– Ołena Dancewicz, zamieszkała pod numerem 9, 46 lat
– Anna Dutka, zamieszkała pod numerem 40, 57 lat, mieszka w Nowosiółce od 30 lat
– Piotr Działoszyński, zamieszkały pod numerem 54, 36 lat
– Maria Działoszyńska, zamieszkała pod numerem 54, 33 lata
– Piotr Dumanowski, zamieszkały pod numerem 105, 35 lata, mieszka w Nowosiółce od 15 lat
– Kornelia Dumanowska, zamieszkała pod numerem 105, 30 lat
– Maria Felsztyńska, zamieszkała pod numerem 33, 93 lata
– Władysław Felsztyński, zamieszkały pod numerem 62, 40 lat
– Katarzyna Felsztyńska, zamieszkała pod numerem 62, 31 lat
– Katarzyna Głód, zamieszkała pod numerem 27, 62 lata, mieszka w Nowosiółce od 5 lat
– Michał Hładki, zamieszkały pod numerem 87, 32 lata
– Maria Hładka, zamieszkała pod numerem 87, 30 lat, mieszka w Nowosiółce od 15 lat
– Kornelia Hładka, zamieszkała pod numerem 2, 56 lat, mieszka w Nowosiółće od 30 lat
– Anna Hładka, zamieszkała pod numerem 58, 51 lat, mieszka w Nowosiółce od 25 lat
– Piotr Hładki, zamieszkały pod numerem 58, 54 lata
– Anna Hładka, zamieszkała pod numerem 58, 48 lat, mieszka w Nowosiółce od 28 lat
– Piotr Hładki, zamieszkały pod numerem 61, 48 lat
– Ałyna Hładka, zamieszkała pod numerem 61, 45 lat, mieszka w Nowosiółce od 15 lat
– Dmytro Hładki, zamieszkały w pod numerem 61, 55 lat
– Kornelia Hładka, zamieszkała pod numerem 61, 35 lat, mieszka w Nowosiółce 8 lat
– Iwan Hładki, zamieszkały pod numerem 5, 61 lat
– Marianna Hładka, zamieszkała pod numerem 5, 53 lata, mieszka w Nowosiółce od 10 lat
– Maksym Hładki, zamieszkały pod numerem 5, 62 lata
– Maria Hładka, zamieszkała pod numerem 5, 63 lata, mieszka w Nowosiółce od 10 lat
– Piotr Hładkiewicz, zamieszkały pod numerem 5, 34 lata
– Maria Hładkiewicz, zamieszkała pod numerem 5, 34 lata
– Karolina Jasińska, zamieszkała pod numerem 100, 54 lata, mieszka w Nowosiółce od 10 lat
– Maria Kuzyk, zamieszkała pod numerem 91, 66 lat
– Mikołaj Kałyniak, zamieszkały pod numerem 6, 32 lata, mieszka w Nowosiółce od 8 lat
– Justyna Kałyniak, zamieszkała pod numerem 6, 31 lat
– Jan Koryzna, zamieszkały pod numerem 10, 69 lat
– Michalina Koryzna, zamieszkała pod numerem 10, 62 lata, mieszka w Nowosiółce od 32 lat
– Józef Koryzna, zamieszkały pod numerem 92, 55 lat
– Rozalia Koryzna, zamieszkała pod numerem 92, 48 lat
– Stanisław Koryzna, zamieszkały pod numerem 51, 60 lat
– Aniela Koryzna, zamieszkała pod numerem 51, 39 lat, mieszka w Nowosiółce od 15 lat
– Franciszek Koryzna, zamieszkały pod numerem 20, 47 lat
– Anna Koryzna, zamieszkała pod numerem 20, 42 lata
– Jan Koryzna, zamieszkały pod numerem 26, 51 lat
– Helena Koryzna, zamieszkała pod numerem 26, 41 lat
– Michał Krokoszyński, zamieszkały pod numerem 99, 55 lat
– Honorata Krokoszyńska, zamieszkała pod numerem 99, 47 lat
– Władysław Krokoszyński, zamieszkały pod numerem 56, 30 lat
– Maria Krokoszyńska, zamieszkała pod numerem 59, 35 lat
– Antoni Krokoszyński, zamieszkały pod numerem 28, 47 lat
– Apolonia Krokoszyńska, zamieszkała pod numerem 28, 42 lata, mieszka w Nowosiółce od 20 lat
– Maria Krokoszyńska, zamieszkała pod numerem 28, 34 lata, mieszka w Nowosiółce od 10 lat
– Piotr Koliszczak, zamieszkały pod numerem 32, 57 lat, mieszka w Nowosiółce od 30 lat
– Antoni Kłonowski, zamieszkały pod numerem 49, 56 lat
– Karol Koryzna, zamieszkały od numerem 17, 43 lata
– Anna Koryzna, zamieszkała pod numerem 17, 38 lat, mieszka w Nowosiółce od 15 lat
– Władysław Karpiński, zamieszkały pod numerem 39, 31 lat, mieszka w Nowosiółce od 12 lat
– Honorata Krokoszyńska, zamieszkała pod numerem 39, 68 lat
– Iwan….., zamieszkały pod numerem 103, 52 lata, mieszka w Nowosiółce od 3 lat
– Anna….., zamieszkała pod numerem 103, 45 lat, mieszka w Nowosiółce od 3 lat
– Antonina Łukasiewicz, zamieszkały pod numerem 25, 44 lata
– Ludwik Leszczyński, zamieszkały pod numerem 99, 64 lata
– Katarzyna Łukasiewicz, zamieszkały pod numerem 42, 38 lat
– Jan Maćków, zamieszkały pod numerem 27, 43 lata, mieszka w Nowosiółce od 20 lat
– Anna Maćków, zamieszkała pod numerem 27, 38 lata
– Hnat (Ignacy) Murhan, zamieszkały pod numerem 8, 52 lata, mieszka w Nowosiółce od 30 lat
– Franciszka Murhan, zamieszkała pod numerem 8, 48 lat
– Maria Majdańska, zamieszkała pod numerem 23, 62 lata
– Helena Majdańska, zamieszkała pod numerem 23, 31 lat
– Józef Milewski, zamieszkały pod numerem 34, 40 lat
– Wiktoria Milewska, zamieszkała pod numerem 34, 35 lat
– Józef Moczkodan, zamieszkały pod numerem 104, 45 lat, mieszka w Nowosiółce od 8 lat
– Anna Moczkodan, zamieszkała pod numerem 104, 40 lat, mieszka w Nowosiółce od 8 lat
– Władysław Niżyński, zamieszkały pod numerem 79, 33 lata
– Paulina Niżyńska, zamieszkała pod numerem 79, 32 lata
– Franciszka Niżyńska, zamieszkała pod numerem 79, 61 lat
– Franciszek Olszewski, zamieszkały pod numerem 71, 54 lata, mieszka w Nowosiółce od 25 lat
– Honorata Olszewska, zamieszkała pod numerem 71, 60 lat
– Maria Olszewska, zamieszkała pod numerem 71, 30 lat
– Julia Popereczna, zamieszkała pod numerem 65, 56 lat
– Michał Popereczny, zamieszkały pod numerem 60, 37 lat
– Kornelia Popereczna, zamieszkała pod numerem 60, 65 lat
– Hryć Popereczny, zamieszkały pod numerem 82, 66 lat
– Paweł Popereczny, zamieszkały pod numerem 35, 42 lata
– Antoni Piotrowski, zamieszkały pod numerem 86, 55 lat
– Paulina Piotrowska, zamieszkała pod numerem 86, 49 lat
– Józef Piotrowski, zamieszkały pod numerem 21, 58 lat
– Paulina Piotrowska, zamieszkała pod numerem 21, 43 lata
– Anastazja Popereczna, zamieszkała pod numerem 80, 55 lat, mieszka w Nowosiółce od 40 lat
– Wincenty Rogoziński, zamieszkały pod numerem 7, 60 lat, mieszka w Nowosiółce od 15 lat
– Julia Rogozińska, zamieszkała pod numerem 7, 60 lat
– Aleksander Rogalski, zamieszkały pod numerem 77, 49 lat
– Józefa Rogalska, zamieszkała pod numerem 77, 45 lat, mieszka w Nowosiółce od 20 lat
– Jadwiga Rogalska, zamieszkała pod numerem 77, 63 lata
– Wiktor Rutyna, zamieszkały pod numerem 96, 45 lat
– Stefania Rutyna, zamieszkała pod numerem 96, 42 lata, mieszka w Nowosiółce od 15 lat
– Feliks Sobków, zamieszkały pod numerem 44, 63 lata
– Anna Sobków, zamieszkała pod numerem 44, 37 lat
– Stanisław Skrypnik, zamieszkały pod numerem 81, 31 lat
– Szczepan Sługocki, zamieszkały pod numerem 19, 63 lata, mieszka w Nowosiółce 35 lat
– Wiktoria Sługocka, zamieszkała pod numerem 19, 45 lat
– Jan Szeptycki, zamieszkały pod numerem 55, 41 lat, mieszka w Nowosiółce od 15 lat
– Paulina Szeptycka, zamieszkała pod numerem 55, 34 lata
– Józef Szafrański, zamieszkały pod numerem 106, 57 lat, mieszka w Nowosiółce od 30 lat
– Emilia Szafrańska, zamieszkała pod numerem 106, 43 lata, mieszka w Nowosiółce od 20 lat
– Michalina Stanisławska, zamieszkała pod numerem 84, 45 lat
– Józef Tyszkowski, zamieszkały pod numerem 41, 63 lata
– Katarzyna Tyszkowska, zamieszkała pod numerem 41, 60 lat
– Stanisław Tyszkowski, zamieszkały pod numerem 75, 42 lata
– Helena Tyszkowska, zamieszkała pod numerem 22, 45 lat
– Bronisław Tokarski, zamieszkały pod numerem 11, 58 lat
– Wiktoria Tokarska, zamieszkała pod numerem 11, 43 lata
– Jan Wolański, zamieszkały pod numerem 73, 61 lat
– Ignacy Wolański, zamieszkały pod numerem 73, 45 lat
– Jadwiga Wolańska, zamieszkały pod numerem 73, 44 lata
– Apolonia Wandowicz, zamieszkała pod numerem 72, 58 lat, mieszka w Nowosiółce od 22 lat, jest nauczycielką
– Józef Zołotarski, zamieszkały pod numerem 29, 41 lat, mieszka w Nowosiółce od 10 lat
– Maria Zołotarska, zamieszkała pod numerem 29, 39 lat
– Antoni Zdanowicz, zamieszkały pod numerem 97, 51 lat
– Maria Zaleska, zamieszkała pod numerem 94, 49 lat
– Honorata Zaleska, zamieszkała pod numerem 68, 89 lat
– Maria Tokarska, zamieszkała pod numerem 15, 33 lata

Nowosiółka Koropiecka, dnia 29 września 1930
Podpisano przez:
Wójta i przewodniczącego komisji wyborczej: Franciszka Biernackiego
Oraz członków komisji: Antoniego Piotrowskiego, Antoniego Zdanowicza i Franciszka Olszewskiego

Obwód liczy 179 osób uprawionych do głosowania




Katastry gruntowe

Spis mieszkańców (wg numerów domu) w metryce franciszkańskiej z 1819 roku

1. Tomasz Basamanowicz
2. Mateusz Borkowski (1748-1824)
3. Szymon Basamanowicz (1760-1831)
4. Mikołaj Świderski
5. Jan Koryzna (1785-1831)
6. Maciej Tokarski
7. Wojciech Słowikowski
8. Stanisław Baraniecki oraz bratowa Marianna
9. Franciszek Malitowski (wójt)
10. Jan Koryzna
11. Jan Borkowski (1755-1827)
12. Antoni Piotrowski
13. Jan Piotrowski
14. Fabian Działoszyński (1767-1831)
15. Stanisław Biernacki
16. Wojciech Kasperski (1780-1820)
17. Jan Tyszkowski
18. Józef Boski
19. Wincenty Stańkowski
20. Jędrzej Janowicz (1731-1821)
21. Agnieszka Zaleska (wdowa)
22. Piotr Zaleski
23. Stanisław Stańkowski
24. Mikołaj Bekierski
25. Marianna Obuchowicz (wdowa)
26. Agnieszka Grocholska (wdowa)
27. Maciej Biernacki
28. Leon Wilkowski
29. Jan Seredyński
30. Wincenty Lipiński
31. Jan Kosiński
32. Marcin Adamowicz
33. Mikołaj Biernacki
34. Jan Korboszyński (później nazwisko uległo zmianie na Krokoszyński)
35. Kajetan Felsztyński
36. Jan Chaszczewski (1775-1831)
37. Józef Biernacki (1773-1831)

Spis mieszkańców (wg numerów domu) w metryce józefińskiej z 1788 roku

1. Jędrzej Pobereźnik (?-?)
2. Mateusz Borkowski (1748-1824)
3. Franciszek Basamanowicz
4. Antoni Lepiński
5. Jakub Koryzna
6. Karczma
7. Stefan Tokarski
8. Franciszek Baraniecki (1750-1818)
9. Mikołaj Malitowski (1739-1818)
10. Ignacy Koryzna (1752-1817)
11. wdowa Działoszyńska (najpewniej Magdalena, żona Antoniego)
12. Błażej Kosiński
13. Michał Stanisławski
14. Michał Działoszyński (1722-?)
15. Antoni Tokarski (1739-?)
16. Ignacy Biernacki (1744-1820)
17. Jan Telatycki
18. Antoni Wasylkowski
19. Józef Stańkowski (1746-?)
20. Jędrzej Janowicz (1730-1820)
21. Jan Serdyński
22. NN
23. Franciszek Suchorebski
24. Antoni Jasiński (1746-1824)
25. Benedykt Obuchowicz
26. Paweł Zaleski
27. Antoni Kamiński
28. Jędrzej Krokoszyński
29. Michał Iwański
30. Jan Biernacki (1744-1822)
31. Wojciech Nowakowski
32. Szymon Basamanowicz oraz Michał Piotrowski
33. Michał Stanisławski (1753-?)




Metryki 1909

Urodzeni w Nowosiółce Koropieckiej w 1909 roku

14.02.1909 Helena Popereczna, córka Szymona i Julianny Tokarskiej herbu Sas
20.02.1909 Helena Olszewska, córka Franciszka i Honoraty Biernackiej
21.02.1909 Józef Biernacki herbu Sas, syn Stanisława i Marianny Boskiej
23.02.1909 Marian Biernacki herbu Sas, syn Piotra i Juli Biernackiej
01.02.1909 Marianna Kłonowska herbu Leszczyc, córka Antoniego i Julii Tokarskiej
03.02.1909 Marianna Szafrańska, córka Józefa i Emilii Kamińskiej
27.03.1909 (Dziewczynka), córka Jana Hładkiego i Marii Sobków
11.04.1909 Kazimiera Zaleska herbu Lubicz, córka Wiktora i Reginy Biernackiej
22.04.1909 Władysław Wolański herbu Przyjaciel, syn Józefa i Marianny Karpińskiej
01.05.1909 Franciszek Krokoszyński, syn Antoniego i Marianny Karniowskiej
08.05.1909 Helena Zaleska herbu Lubicz, córka Wojciecha i Marii Krowickiej
29.05.1909 Józefa Sługocka herbu Ślepowron, córka Szczepana i Emilii Borkowskiej
24.07.1909 Anna Olga Krzyżanowska, córka Antoniego i Marianny Krokoszyńskiej
03.07.1909 Marian Tokarski herbu Sas, syn Jana i Emilii Działoszyńskiej
04.08.1909 Stanisława Zdanowicz herbu Białynia, córka Antoniego i Joanny Sucheckiej
13.09.1909 Waleria Chaszczewska, córka Władysława Chaszczewskiego i Józefy Szafrańskiej
17.09.1909 Władysław Chaszczewski, syn Juliana i Genowefy Biernackiej
12.09.1909 Anna Hładka, córka Jana i Rozalii Tomków
11.10.1909 Józef Biernacki herbu Sas, syn Łukasza i Salomei Baranieckiej
02.12.1909 Władysław Koryzna herbu Koryzna, syn Jana i Heleny Biernackiej
06.12.1909 Józef Koryzna herbu Koryzna, syn Antoniego i Alojzy Bekierskiej
17.12.1909 Jan Zaleski herbu Lubicz, syn Antoniego i Reginy Biernackiej
29.12.1909 Helena Adela Borkowska herbu Łabędź, córka Andrzeja Mariana i Marii Krowickiej.

Brali ślub w 1909 roku w Nowosiółce Koropieckiej

16.02.1909 Jan Krowicki, urodzony w 1885 roku. Syn Karola i Józefy Jaworskiej (z Zalesia) oraz Wiktoria Biernacka, urodzona w 1887 roku. Córka Franciszka i Emilii Koryzny
05.07.1909 Wincenty Krokoszyński, urodzony w 1849 roku, wdowiec po Katarzynie Biernackiej, syn Franciszka i Agnieszki Bekierskiej oraz Józefa Zaleska, urodzona w 1849 roku, wdowa po Karolu, córka Tadeusza Kamińskiego i Marianny Wojciechowskiej
04.11.1909 Michał Baraniecki, urodzony w 1890 roku, syn Bazylego i Marii Borkowskiej oraz Eleonora Tyszkowska, urodzona w 1893 roku, córka Antoniego i Emilii Winogrodzkiej

Zmarli w 1909 roku w Nowosiółce Koropieckiej

W wieku 17 lat Jan Łukasiewicz
W wieku 23 lat Stanisław Zwojewski