Wspomnienia „mateczki” Apolonii Wandowicz

Wielebny Ks. Proboszcz Parafii rzym. kat. w Krzeszycach

Ośmielam się przesłać załączony egzemplarz Pamiętnika, w którym naszkicowałem życiorys i działalność S. Apolonii Wandowicz na terenach wschodnich.
Jako naoczny świadek oraz Jej uczeń kierowałem się intencja zachowania w pamięci pracy siostry zakonnej na polu religijnym i patriotycznym.
Źródłem, z którego czerpałem to wspólne nasze przeżycia wraz ze sporą grupą współziomków, którzy obecnie żyją na terenie parafii Krzeszyce.
Proszę o udostępnienie im przeczytania i przechowanie w archiwum Parafii by się nie stało własnością w prywatne ręce.
Może te notatki będą przydatne do celów religijnych czy też innych według uznania.

Łączę wyrazy naczelnego szacunku
/Piotr Hładkiewicz/

Piotr Hładkiewicz Jasień, dnia 6.X.1974r.
68-320 Jasień
ul. Żarska 21
pow. Lubsko
woj. Zielona Góra

Rzuceni losem ze wschodnich rubieży na daleki zachód unieśliśmy ze sobą wspomnienia tam gdzie spędziłem młodość i szmat życia, pozostały trwałe ślady działalności patriotyczno-religijnej, które jednak skazane są na powolne zacieranie przez czas i sytuację. Z tego procesu zanikania pragnąłbym uratować i zachować w pamięci niezapomnianą sylwetkę zakonnej Siostry Apolonii, z którą w małym ośrodku wiejskim życie związało ja ze społeczeństwem, gdzie swoim poświęceniem zdobyła zaufanie i serce w długich latach wysiłku dla Kościoła i Ojczyzny.
Pragnąłbym w ramach tych krótkich wspomnień przekazać wzór postać świątobliwej i pełnej zapału, która musiała przełamywać rozmaite trudności. Pragnąłbym również wskazać innym może jeszcze jedną więcej sylwetkę – Zakonnicy – Polki, która swoje zdolności i siły złożyła w ofiarnej służbie Bogu i bliźnim – rodakom.

A u t o r
Jasień 1970.


Mateczka Apolonia - wspomnieniaWspomnienia

670 km od Lwowa, 50 km od Stanisławowa leży historyczne miasto Buczacz. Na głazach w mieście są uwiecznione ciekawe wydarzenia: „Tu poił konia Król Jan III Sobieski”, „ Tu odpoczywał Król Jan III Sobieski”. Przy wyjeździe stoi do dziś historyczna lipa, gdzie podpisany został pokój z Turkami. Centrum miasta zdobi zabytkowy ratusz i dorodny kościół zbudowany za ówczesnego kasztelana kaniowskiego (Mikołaja Potockiego – przyp. red.). Miasto położone w kotlinie, środkiem której przepływa rzeka Strypa a uroku dodaje teren górzysty. Na jednym ze wzgórz okalających miasto zdala widnieją ruiny zamku obronnego z murami 3m grubości. Podziw budzą olbrzymie głazy głazy kilkutonowej wagi, użyte w budowie wówczas kiedy nieznane jeszcze były środki mechaniczne. Nazwy pobliskich wiosek jak Dobropole, Żyznomierz wskazują o żyznej glebie. W powiecie żyto sięgało do 2m wysokości, obornik często był zbyteczny a słoma służyła za opał.

25 km od strony południowej Buczacza płynie rzeka Dniestr, do której wpada rzeczka zwana Koropiec. Znane były dwa jarmarki, które tam odbywały się w dni wtorkowe. Za cześć pańszczyźnianych osiedlił się tam dziedzic Mysłowski w 40-to pokojowym pałacu barokowym, zbudowanym na wzór „Burgu” cesarskiego w Wiedniu. Podanie głosi że w pałacu brakło tylko jednego okna i jednych drzwi w odróżnieniu od pałacu wiedeńskiego gdyż władze nie wyraziły zgody na identyczną budowę. Jednopiętrowy pałac w kształcie owalnym, otoczony kolumnadą z kaplicą, biblioteką, salą ze szklanym sufitem, w którym mieściło się akwarium ze złotymi rybkami. Ściany ozdobione były portretami królów polskich. W starannie zagospodarowanym parku można było podziwiać rozmaite drzewa i krzewy sprowadzane – co było w modzie – z dalekich krajów.

Dziedzic chcąc zabezpieczyć swoją posiadłość od strony północnej postanowił założyć wioskę i osiedlił ją szlachtą zagrodową, mającą herby i zasłużoną w powstaniach. Odpowiedni teren znalazł 7 km od Koropca, nad małym potoczkiem, na wzgórzu opadającym ku południu. Osiedle otrzymało nazwę Nowosiółka Koropiecka. Pierwsi osiedleńcy otrzymali po 15 i 20 morgów ziemi. Jako uprzywilejowani, wolni byli od pańszczyzny. Jedynie opłacali czynsz. Jeśli który zalegał z czynszem kilka lat, bywał po prostu eksmitowany przez dziedzica a w jego miejsce osiedlał się chłop z Koropca i dostawał 3 morgi ziemi. Po zniesieniu pańszczyzny grunta odebrane stanowiły własność dziedzica tzn. grunty „ … tykalne”, które na mocy prawa utrzymały się do naszych czasów. Na tych gruntach z …. gdzie odpowiadały warunki np.: przy głównych traktach, na skrzyżowaniu dróg budowano karczmy i wydzierżawiano arendarzom. Karczmy z zajazdami i stajniami dla podróżnych służyły jako miejsca odpoczynku i schroniska przed niebezpiecznymi nocnymi jazdami. Prawo ówczesne zezwalało na budowę karczmy co 5 km. W interesie każdego dziedzica było więc jak najwięcej karczm, ponieważ przemysł był rzadkością a w każdym folwarku była gorzelnia. Przywilejem cieszyła się również Nowosiółka bo miała aż dwie karczmy, przy wjeździe do wioski i na skrzyżowaniu dróg. Karczma dla starszych była miejscem schadzek a młodzież była trzymana w „karbach” i nie miała tam dostępu na równi ze starszymi. Bywało, że ojciec posłał swego syna po tytoń czy zapałki to starsi nie pozwolili arendarzowi sprzedać.

Karczma była jedynym miejscem spotkań, załatwiania ważniejszych spraw i przeprosin. Nie brakło tam wójta i radnych, których otaczano szacunkiem. Zycie prowadzono beztrosko, nie dbano o ulepszanie mieszkań, budynków gospodarczych, o stan dróg gdzie wiosną czy jesienią błoto sięgało do kolan. Można było chodzić jedynie okrężnym ścieżkami i ogrodami. Wodę nosiło się z jednego źródła ponad kilometr odległego na „nosidle” /kononosło/.

Szkoła

Szkoła mieściła się w zwykłej lepiance krytej słomą, z pomieszczeniem po drugiej stronie dla nauczyciela. Nie było ścisłego rygoru posyłania dzieci do szkoły.
Pierwszym nauczycielem był miejscowy starszy mężczyzna, niejaki Hałuszczyński, który potrafił czytać i pisać. Dzieci miały z niego nieraz uciechę. Gdy zdrzemnął się przy pieczonych ziemniakach rzucały w swego pedagoga. Dopiero w 1900 r. pojawił się prawdziwy nauczyciel Cichocki, który wprowadził obowiązek posyłania dzieci do szkoły. Po 2 latach nową nauczycielką była panna Hryniewiecka, a po niej p. Krzyżanowska i p. Szymczukowa. Powodem częstych zmian i rezygnacji nauczycieli z posady były trudne warunki bytowe we wiosce odciętej od świata, otoczonej lasami i błotnistymi drogami. Ponadto jeszcze nie weszło w zwyczaj docenianie i potrzeba nauki. Możeby ten stan trwał dłużej, ale stało się inaczej.

Siostra Apolonia

W ostatnich dniach sierpnia 1906 r. rozeszła się wieść, że przyjechała młoda zakonnica – nauczycielka. Pierwsza posadę miała w Gródku Jagiellońskim koło Lwowa. Zainteresowało to mieszkańców a zwłaszcza dzieci. Nie chcieli wierzyć, ażeby zakonnica była nauczycielką i nie mieszkała w klasztorze. A może tylko puścili bajkę? Dzieci niecierpliwie oczekiwały dnia, kiedy rozpocznie się nauka.
Wreszcie nadszedł dzień 1-go września. Dzień był pogodny, słoneczny. Niebo bez jednej chmurki. Na trawie, niby brylanty rozsypane, błyszczała rosa, która pod wpływem ciepłych promieni zwolna zmieniała się w przyziemną mgiełkę. Dzieci jak zwykle przeżywają pierwszy dzień nauki. Na twarzach maluje się pewna powaga, ale mimo to nastrój wesoły dzieci starszych i małych szkrabów. Małe cieszą się, że mają nowe tabliczki z rysikiem na sznureczku, nową płócienną torbę uszytą przez mamusię. Ponieważ dzieci były ciekawe jak będzie uczyć nowa nauczycielka, dzieci na godzinę wcześniej niż zwykle siedziały już w ławkach szkolnych. Czy tak jak poprzednio będzie karała wiśniowym kijem co stał na szafie, czy będzie dobrą bo to siostra, mówili rodzice.
Gdy otwarły się drzwi weszła do klasy młoda zakonnica w welonie, skromnym habicie z krzyżem na piersiach. Wszystkie dzieci umilkły. Prawie wszystkie po raz pierwszy widziały zakonnicę dlatego wrażenie i przeżycie ich było wielkie. Opowiadały im później, że nie widziały ani ścian, ławek, tylko uśmiechniętą twarz Siostry. Mieszkańcy Nowosiółki Koropieckiej mieli szczególne nabożeństwo, a w październiku do Matki Boskiej odprawiali zawsze różaniec kolejno w każdym domu, na piersiach nosili szkaplerze i medaliki. Widocznie uprosili sobie u jej syna łaskę, ze Opatrzność nie zostawiła ich własnemu losowi, ale wysyła sługę zakonną by jednoczyć i utrwalać wiarę w ich małym ośrodku. Przepojona miłością Boga i bliźniego podjęła się trudnej misji kształcenia dzieci i służenia starszym. Rozpoczyna w zwykłej lepiance – szkole.

Gdy dzieci po raz pierwszy pochwaliły Pana Boga, powiedziała: „A teraz dziateczki zmówimy paciorek”. Popłynęła modlitwa: „Aniele Boży…”. zapoznanie się z dziećmi, wyznaczenie w ławkach i rozpoczęła się wstępna pogadanka. Dzieci śmiało odpowiadały, nie wiedziały jednak jak mówić – proszę Pani czy proszę Siostry. Widząc u dzieci wahanie powiedziała: „Od dzisiaj będziecie mnie nazywać Mateczka”.

Dzieci uradowane łagodnością siostry poczęły pytać jaka będzie kara dla niegrzecznych dzieci. Zrobiła gest, że chce wszystkich przytulić do siebie, powiodła wzrok po główkach dzieci i powiedziała: „Pan Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje, tchnął w niego duszę nieśmiertelną, obdarzył go rozumem i wolną wolą – żądał tylko posłuszeństwa. A kiedy pierwsi rodzice zgrzeszyli, odtrącili Raj. Złych aniołów również Bóg ukarał, z tego wynika, że na ziemi jest dobro i zło. Za dobro jest nagroda a za zło kara. Ja będę się również kierowała sumieniem i rozsądkiem. Chcę być sprawiedliwa. Kara jakaś będzie ale w ostateczności. Kij w szafie widziałam. Niech on będzie dla was przestrogą. Teraz mamy 10 minutową przerwę”. Dzieci poderwały się i rzuciły starym zwyczajem razem do drzwi.. W tłoku i zamieszaniu powstał krzyk. Kto był silniejszy i sprytniejszy pierwszy wydostał się na podwórze. I tam powstała jeszcze większa wrzawa. Krzyki, gonitwa, łapanki, a stąd na ogród i poza obręb szkoły. Chwilę patrzyła i obserwowała spokojnie, po czym klasnęła w dłonie. Zadyszane dzieciaki zbiegły się dookoła. „Słuchajcie kochane! Do dzisiaj będziemy wychodzili na przerwę spokojnie, parami. Nauczymy się wspólnie bawić, a po przerwie również parami do klasy. Powiedzcie jakie piosenki znacie? Widziałam, że chłopakom najbardziej się podoba zabawa w kotka. Nauczę was lepiej bo dobrze nie umiecie”. Dziewczynki nauczą się „stoi róża na ganku”, „ w różowym ………… wianku”. Lubiana przez dzieci jest zabawa „Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje….”. Ładna pieśń „Gdzieś ty bywał czarny baranie…” połączona z zabawą. Na następnych lekcjach nauczyła Mateczka „o żaczku wyuczonym…”. Na każdej przerwie dzieci się bawiły. Powoli „dzieci z Podoli”, piosenki i tańce ludowe z całej Polski: krakowiaki, Mazurki, Kujawiaki i piosenki góralskie nie tylko poznały ale potrafiły poprawnie zatańczyć.
Siostra cieszyła się i przeżywała, widząc beztroską i wesołą zabawę dzieci. Sama jeszcze w dzieciństwie marzyła o pracy w zakonie wśród dzieci, by wzorem i przykładem własnego życia oddać się służbie Bożej dla otoczenia.

Dla mieszkańców wioski była również wielka radość, widząc zmianę u dzieci i jak ochoczo biegły do szkoły. A po powrocie nie było końca opowiadań czego się nauczyły i chwaliły się ocenami. Oczywiście, że postęp w szkole był widoczny. Należało teraz wyuczyć dzieci o zachowaniu poza szkołą. Na ulicy zachowywać się grzecznie. Starszych pozdrawiać „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystusa”. Ze zdumienie podziwiali też starsi i nie poznawali dawnych dzieci. Zwyczaj ten przeszedł i na starszych. „Dzień dobry” pozdrawiano ludzi wyznania mojżeszowego. Chwalono Boga przy wejściu do urzędów. Dobre zwyczaje powoli zaczęły przenikać z lepianki szkolnej poprzez dzieci do całej okolicy – do domów rodzinnych.
Wraz z Siostrą Apolonią przyjechała do wioski druga, starsza Siostra Emilia, która miała w opiece dom i zajęcie w kuchni. Dużo jednak czasu poświęcała zbieraniu ziół, na których doskonale się znała. Sama wykonywała lekarstwa z rozmaitych roślin i ziół. Pomagała, leczyła dzieci i starszych. O lekarzy było trudno, było ich bardzo mało. Nie było zwyczaju z resztą chodzić po lekarzach, chyba w ostateczności. Szybko rozeszła się wieść, że Siostra Emilia dobrze leczy. Zaczęły ściągać kolejki chorych z dalekich wiosek. Domek Sióstr w Nowosiółce Koropieckiej stał się „ośrodkiem zdrowia”.

Karczma

Zainteresowanie Mateczką Apolonią zaczęło coraz bardziej wzrastać. Owocami swojej pracy. Owocami swojej pracy zwróciła na siebie uwagę władz i osobistości możnych ludzi. Jedną z nich była p. hrabina Jadwiga Badeni, żona hrabiego Stanisława z Koropca, który nabył majątek i pałac po dziedzicu Mysłowskim. Pani hrabina obserwowała pracę Siostry Apolonii i Sióstr zakonnych w Nowosiółce Koropieckiej. Bo przecież każdej niedzieli spotykała je w kościele parafialnym koropieckim. Orientowała się w warunkach życia Sióstr i trudach jakie musza pokonywać w dostaniu się do kościoła . Odległość 7 km, błoto, las, wyboje zima, jesień itd. Władze powiatowe i hrabina postanowiły wpierw zająć się budową nowej odpowiedniej szkoły. Pani hrabina ofiarowała materiał budowlany, a władze wyasygnowały fundusze na pokrycie kosztów. Miejscowa ludność świadczyła robocizną i dostawą materiałów. Po dwóch latach oddano do użytku piękny budynek szkolny, dostosowany do warunków, z dużą salą i mieszkaniem. Obok zabudowania gospodarcze i duży 2 morgowy ogród podarowany przez hrabinę. Mateczka nigdy nie narzekała na warunki pracy, ani nie interweniowała. Zawsze zrównoważona, łagodna, pracowała i modliła się. Uczyła punktualności. Często wskazywała na zegarek „z okowami św. Piotra” jaki widniał na jej habicie.
W maju 1908 r. wójt gminy Jan Tyszkowski otrzymał powiadomienie, że hrabia Badeni zapowiedział swój przyjazd w pewnej sprawie. W oznaczonym dniu i godzinie wójt i kilku gospodarzy starszych oczekiwali przyjazdu. Po przywitaniu p. hrabina Jadwiga oświadczyła najniespodziewaniej: „Budujemy kościół w waszej wiosce.”

Kościół

Fundacje kościoła przyjęła na siebie hrabina. Do mieszkańców należała tylko dostawa materiałów budowlanych. Budowa kościoła trwała trzy lata pełne. Wszyscy sądzili, że patronką kościoła będzie św. Jadwiga. Jednak władze kościelne zatwierdziły tytuł „ Opieki św. Józefa”, zdaje się na wyraźne życzenie pani hrabiny. W trzecią niedzielę po Wielkanocy 1911 r. przygotowano się do poświęcenia nowego kościoła. Cała wioska przybrała odświętny widok i wygląd. Domy odmalowano, porządek, bramy triumfalne przybrane zielenią i flagami z napisem „Witamy Dobrodziejów”. Jeźdźcy w krakowskich strojach na najlepszych koniach pod komendą byłego ułana Piotrowskiego Józefa oczekiwali 1 km przed wioską na hrabiostwo. Ustawieni po obu stronach szosy jeźdźcy czekają na umówiony znak komendanta. Gdy zauważono hrabskie powozy orszak ruszył całym pędem. Fruwały na wietrze końskie grzywy i chorągiewki. We wsi zwolnili i przedefilowali przed zebranym tłumem ludzi. Przy bramie powitanie chlebem i solą. Poświęcenia dokonał ksiądz dziekan Dziuban z Barysza. W uroczystości wzięło udział wielu przedstawicieli władz państwowych i kościelnych. Zauważono brak Mateczki Apolonii, która w kącie kościoła klęczała na posadzce i w modlitwie żarliwej dziękowała Bogu za nowy kościółek jako wielki dar dla wiernych. W czasie nabożeństwa, z wielkim wzruszeniem, aż do łez modlono się , słuchano kazania i serdecznie śpiewano pieśni mszalne.

W krótkim czasie bo zaledwie pięć lat od przyjazdu Siostry Apolonii do Nowosiółki Koropieckiejoblicze wioski tak bardzo się zmieniło. Stanęła szkoła, stanął kościół. Te dwa nowe budynki symbolizowały o potrzebie wiedzy i wiary. Jasnym było, że to owoc zarówno modlitwy jak i wysiłku Mateczki Apolonii. Postanowiła sobie wszczepiać w umysły młodego pokolenia wraz z wiedzą, miłość Boga i bliźniego. Uczyć szacunku dla rodziców i starszych, umiłowania kraju polskiego, ojczystego. W godzinach wieczornych pogłębiała wiedzę o Bogu, uczyła pieśni religijnych. Mówiono, że nasza wioska jest najbardziej rozśpiewana. W czasie wizytacji dokonanej przez księdza arcybiskupa Józefa Bilczewskiego ze Lwowa dzieci nasze wysuwały się do przodu by odpowiadać na zadawane pytania Z religii. Pytania nie były łatwe, jednak odpowiedzi były trafne i śmiałe. „Skąd jesteście i kto was uczy religii?” Dzieci wskazały stojącą daleko w tyle siostrę zakonną. Podeszła, uklękła i otrzymała od arcybiskupa błogosławieństwo.

Gmach nowego kościoła był dość duży, z jedną wieżą, zbudowany z kamienia. W miejscu gdzie stała lada z wyszynkiem, stał obecnie ołtarz. Rzeczywiście ogromne przeobrażenie. Rzeczywiście ogromne przeobrażenie. Miejsce może obrazy Bożej przemienione w miejsce chwały Bożej. Tylko ten potrafi to zrozumieć kto tam był osobiście i widział jak dokonała się ta przemiana. Ludzie teraz mają swoją świątynię. Mają możność być w kościele w niedziele i święta. Starzy, chorzy, kaleki i dzieci, którzy nie mogli się dostać do odległego o 7 km kościoła, mieli już kościół w miejscu.
Parafia Koropiec była duża i rozległa. Należały do niej kościoły filialne: Delawa, Horyhlady, Ostra, Nowosiółka Koropiecka i Werbka. Ksiądz proboszcz i ksiądz wikary mogli przyjeżdżać na razie tylko co drugą niedzielę. Z czasem w niektórych filiach powstały samodzielne parafie.

We wsi brakło karczmy. Chociaż arendarze próbowali podtrzymać zwyczaje karczemne, powoli jednak wyszły z mody.
Pokutowało jeszcze przekonanie, że bogatszy jest mądrzejszy i ma większe przywileje niż biedniejszy. Takie mniemanie ujawniło się w czasie wyborów do rad gminnych. Do 1935 r. gminy były jednostkowe. W każdej wiosce był wójt i sekretarz. Chociaż mateczka Apolonia nie była zainteresowana wyborami, wielu do niej w zaufaniu zwracało się o poradę, jakkolwiek kobiety w tym czasie nie miały głosu. Zalecała kierować się rozsądkiem i sumieniem. Kadencja wójta trwała 6 lat. I w 1912 r. po raz pierwszy wybrano gospodarza biedniejszego, ale rozsądnego i dobrego człowieka Józefa Zalewskiego. W wiosce panował coraz bardziej duch dobrorodzinny i dobrosąsiedzki. W troskach i w sytuacjach mieli dobrego doradcę i Anioła Stróża – Mateczkę Apolonię. Każdy odchodził od niej spokojny i w przekonaniu, że rozwiązała sprawę życzliwie i roztropnie. Ze względu na Mateczke starano się nawet żyć dobrze, by do niej nie dotarło nic ujemnego o kimś znajomym. W rozmowach unikano wyrazów prostackich, nie szpecono języka polskiego. Nie śpiewano publicznie niestosownie piosenek. Obok polskiego budynku szkolnego przechodzono z powagą. Nawet wesele przechodząc obok szkoły – dla uszanowania – przerywa swoje śpiewy i marsze. Jakiś duch radości, jakiś tajemniczy duch odnowy życia Bożego wiał z tego budynku, w którym biło serce Mateczki dla dziatwy, a przez nie dla ich rodzin. Odnowy życia Bożego w tych czasach potrzebowały narody i państwa, wówczas można by się, że zapanuje pokój i sprawiedliwość. Jak wiemy stało się jednak inaczej. Niedługo a rozpętała się I wojna światowa.

I wojna światowa

Już w 1912 r. zatrzymano niektóre roczniki w wojsku. Coś nie w porządku ze stosunkami miedzy Serbią a Austrią. W 1914 r. zostaje zabity następca tronu Austryjackiego, bratanek cesarza Franciszka Józefa, Książę Ferdynand Sarajewie. Dokonał tego student Gawriło Princip. Zginęła wówczas i żona Księcia, Zofia. To dało początek wojnie światowej. Na ścianie przed dzwonnicą ukazał się duży afisz z czerwonym krzyżem z grubym napisem „Mobilizacja”. „Najjaśniejszy nam panujący Cesarz Franciszek Józef I z bólem serca powołuje wszystkich mężczyzn wojskowych i rezerwistów w wieku do 42 lat, pod broń”.

Chmury zawisły nad wioską, która dopiero zaczęła tworzyć normalny i szczęśliwy żywot. W niedzielę 1-go sierpnia 1914 r. cała wioska wyszła na tłokę gminną by tam pożegnać swoich synów, ojców, mężów i bliskich na długie lata a może na zawsze. Pogodny dzień, ale słońce w tym dniu świeciło jakoś inaczej. Jakiś smutek zaciążył razem z dzisiejszym porankiem, jakby zapowiedź nieszczęść i łez dla tych co dzisiaj się żegnają. Każdy jeszcze żyje nadzieją, a może to potrwa niedługo. Przecież Serbia to małe państewko. Nie przypuszczali, że to początek wielkiego konfliktu światowego, że pociągnie szereg państw, że rozpocznie się wielka tragedia światowa.
U nas rozpoczęło się na tłoce i publicznym pożegnaniu. A kiedy ludzie padali sobie w objęcia i płacz do szedł do szczytowego momentu rozstania, dał się słyszeć głos sygnaturki z wieży kościoła na „Anioł Pański”. To codzienne przypomnienie o modlitwie, ale dziś ten głos jakby rozpaczliwy.
To Mateczka Apolonia jak zawsze punktualnie dzwoniła i modliła się, a teraz przypomniała wszystkim, że należy oderwać się na moment od spraw ziemskich i w Bogu szukać pokrzepienia. Jedną ręką pociągała za sznur a drugą ocierała chusteczką łzy z policzków. Nastała cisza. Mężczyźni jak na komendę zdjęli czapki i – chwila modlitwy. Chyba ta chwila niejednemu pozostała na całe życie. „Anioł Pański” odmawiano trzy razy dziennie bo przez dzieci Mateczka Apolonia wpajała ten chwalebny zwyczaj co również przeniosło się na starszych. Dzisiejszy poważny głos dzwonu był nie tylko wezwaniem do modlitwy, ale sygnałem wzywającym do rozłąki, do boju.

Wioska osamotniała. Niedaleko na Łysej Górze w Koropcu okopuje się wojsko węgierskie. Prowadzą powiązanych Rusinów uważanych za szpiegów. Również prowadzili starego i zacnego księdza ruskiego, kanonika Jana Proskurnickiego. Kto wie jakby to się skończyło, gdyby nie interwencja księdza rzymsko – katolickiego Michała Paprockiego, który wyjaśnił „Madziarom” nieporozumienie, gdyż oni uważali Rusinów za Rusaków.

W tym dniu, 15 sierpnia pokazały się pierwsze patrole Kozaków. Jechali grupami na małych kucykach, bardzo zwinnych, z długimi ogonami. Strój Kozaków był odstraszający. Obcisłe płaszcze z pasem, krótka wykrzywiona szabla, długa pika, dookoła pasa naboje karabinowe i przez piersi na krzyż, czapki duże z baraniej skóry, a pelerynki różnokolorowe, żółte, niebieskie i czerwone fruwały na plecach. Byli postrachem dla Żydów. Ludzie zawieszali od strony ulicy obrazy święte na znak, że tam mieszkają chrześcijanie. Wojsko kozackie dopuszczało się wielu nadużyć i gwałtów.
Mateczka Apolonia w przebraniu świeckim znalazła bezpieczne schronienie u rodzin, które były z nią szczęśliwe bo razem z nią czuły się bezpiecznie. Tam też zbierały się dzieci i starsi na wspólną modlitwę, a także pogłębianie wiedzy religijnej. Tam też dochodziły wszystkie wieści. Doniesiono smutną wiadomość, że w niespełna dwa tygodnie po pożegnaniu zginął w czasie patrolu na Łęgach 3 km od domu Jan Chaszczewski, zabity od kuli Kozaka ukrytego w lesie, pozostawiając staruszków rodziców, żonę i troje dzieci.

Moskale parli naprzód w głąb kraju. Nie mogli zdobyć twierdzy w Przemyślu. Przemyśl otoczony okopami, podziemnymi bunkrami i drutami o wysokim napięciu prawie rok był okupowany. Po 1915 roku, gdy wyczerpała się żywność, Austria zmuszona była oddać Przemyśl, ale nie na długo, gdyż po nieudanych walkach w Karpatach armia rosyjska cofnęła się do starych granic na wschodzie. Austria zarządziła drugą mobilizację, powołując pod broń mężczyzn od 18 do 52 lat. Teraz pozostały w wiosce kobiety, dzieci i staruszkowie, a nie było widoków końca wojny.

Epidemia

Kogo nie dotknęła wojna bezpośrednio, nad nim zawisła groźne widmo tyfusu plamistego. Brak lekarzy i lekarstw. W każdym niemal domu chorzy, którymi nie ma kto się opiekować. Przeprowadzano jedynie dezynfekcję wapnem i karbolem. Raz w miesiącu przychodził felczer, odkaził mieszkanie a na wrotach zatknął tyczkę z wiechciem słomy na znak, że wstęp wzbroniony pod karą.

Ryzykowny ciężar niesienia pomocy chorym na tyfus podjęła Mateczka Apolonia. W domach, gdzie nie było zdrowej ani jednej osoby, leżeli ludzie z wysoką gorączką, majaczyli, włosy z głów wypadały, nie miał kto podać szklanki herbaty by zwilżyć usta. Mateczka Apolonia z narażeniem własnego życia szła do domu z posługą chorym. Opowiadała, że na jej widok chorzy ledwo ją poznali i zdrowsi płakali. Chorzy wstydzili się, zrywali z łóżek, chowali i uciekali po kątach. Po wygaśnięciu epidemii, przychodzili i dziękowali Mateczce Apolonii za opiekę w czasie choroby, podczas gdy nawet krewni nie mięli odwagi przychodzić by się nie zarazić. „Nie mnie dziękujcie, ale Bogu i Matce Przenajświętszej, że miałam sił do spełnienia swego obowiązku.

W czasie operacji wojennych rozmaite wojska przewalały się po naszych terenach. Okropne pobojowiska pozostawały po nich. Setki trupów, wioski i osiedla rozbite i spalone, zryte okopami pola i lasy. Ludzie żyli w niepewności co im noc przyniesie. W tych koszmarnych dniach Mateczka nawoływała do modlitwy by Matka Najświętsza naszą wioskę zasłaniała płaszczem swej opieki.

Przedświt

I-go października 1918 roku rozpadły się wielkie mocarstwa. Koniec wojny. Po półtora roku niewoli i rozbicia przez trzy mocarstwa, Polska musi się zjednoczyć. Na kresach Ukraińcy próbują stworzyć swoje państwo. Obsadzili stanowiska czołowe w województwach i powatach. Wydali swoje pieniądze „karbowańce i hrywni”. We Lwowie trwają ciągle rozruchy. Życie powoli zaczyna się normować. Mężczyźni powrócili do domów, naprawiają zniszczone domy i sprzęty. Zdarzały się jeszcze sporadyczne incydenty przez cofające się na wschód wojska ukraińskie. Z karabinem w ręku zdejmowali lub zdzierali z Polaków ubrania, przeważnie wojskowe. Powstała na tym tle nienawiść, a Polacy nie byli dłużni i potrafili odwetować. Chwytano na polach i drogach Ukraińców, rozbierano do koszuli i puszczano. Mateczka bardzo to przeżywała i przestrzegała, że to nie po katolicku i może się źle skończyć. Wpływała na mężczyzn by zaniechali tych nierozsądnych czynów.

Niedługo trzeba było czekać bo w dwa tygodnie później wojska ukraińskie znowu wróciły. Wprawdzie na krótki czas, ale zdążyły obstawić wieś karabinami maszynowymi i nałożyć dużą kontrybucję. Żądanych pieniędzy wioska nie była w stanie zapłacić. Groziło to podpaleniem wioski. Ludzie znosili z domów ostatni grosz. Koło wójta stała furmanka z dużą skrzynią na pieniądze. Schwytano jeszcze ośmiu podejrzanych mężczyzn o rozbrajanie i pojedynczo odprowadzano do pobliskiego o 100m lasku. Słychać było jeden strzał. Gdy przyszli po następnego, z rozpaczą żegnali się, krzyczeli i lamentowali. Mateczka w przebraniu wśród na krok nie odstępowała, z różańcem w ręku szeptała modlitwy. Widocznie Bóg wysłuchał modlitwy, gdyż nie trwało 10 minut jak goniec na koniu dał znak do natychmiastowej ucieczki. W pośpiechu wyjechała furmanka z pieniędzmi, karabiny maszynowe wycofano, a podejrzanych mężczyzn zabrano ze sobą. Po drodze dołączono do nich księdza, staruszka czcigodnego, proboszcza z Porchowej, który żartem miał cos powiedzieć. Pod Sokołowem kazali wszystkim uciekać do lasu. Posypały się kule karabinowe. Trafiony został ksiądz i jeden mężczyzna z naszej wioski, gdyż byli na skraju lasu. Siedmiu uciekło i bosymi nogami powrócili do domów bo podeszwy od butów zostały w lesie. Przepraszali Mateczkę a Bogu dziękowali za ocalenie. Jeszcze przeżyliśmy w naprężeniu rok 1920, kiedy bolszewicy zalali Polskę aż po Wisłę. Cud nad Wisłą, jak wiemy, położył ostateczny kres wojny światowej.

Nowe życie

W 1921 roku ustabilizował się Rząd Polski. W Nowosiółce Koropieckiej również nastało nowe życie. Mateczka organizuje pracę w szkole, wzmaga wysiłki, aby zasiane przez nią ziarno na niwie wiedzy i wiary nie zmarniało, ale wydało plon. Cieszyła się i dziękowała Bogu, że mimo strasznej i długiej wojny nie było rozbitych małżeństw, dzieci nieślubnych, panowała zgoda wśród i miedzy rodzinami. Ona przecież czuła się odpowiedzialna za życie religijno – moralne. Był jedyny wypadek nieporozumień małżeńskich miedzy Julianem i Genowefą Chaszczewskimi. Sześć lat żyli oddzielnie, chcieli rozwodu, ale nie doszło do tego. Potem stali się znowu wzorowym małżeństwem, zbudowali nowy dom i wychowali troje dzieci.

Mateczka często przypominała, że życie to modlitwa, praca i dobra intencja. Swoje trudy ofiarować jako pokutę za grzechy i za dusze w czyśćcu. Człowiek jednak potrzebuje radości w życiu, nie wolno być smutnym, zwłaszcza młodzież potrzebuje rozrywki i zabaw.

Dom ludowy

I o tym pomyślała Mateczka. Dotychczas wszystkie imprezy i przedstawienia jakie organizowała, odbywały siew sali szkolnej. Ale zabaw szkolnych tam nie można było urządzać. Trzeba było szukać lokalu na wsi. Modne były festyny w porze letniej. W tym roku Mateczka szczególnie gorliwie zajęła się organizacją festynu przy pomocy młodzieży, która zbierała fanty na loterię. Kilka takich imprez przyniosło dość pokaźny dochód. Mając już pewną sumę, Siostra Apolonia wystosowała pismo do Wójta i Rady Gminnej o potrzebie budynku, w którym mieściłaby się sala do przedstawień, świetlica, kancelaria gminna i sklep spożywczy. Jednocześnie przedłożyła gotówkę z festynów i zabaw, przeznaczonych na ten cel. Inicjatywa i plan Mateczki podobał się całemu zarządowi. Wkrótce wybrano komitet budowy Domu Ludowego. Przy poparciu władz powiatowych, w przeciągu niespełna dwóch lat stanął duży budynek – jak na warunki wiejskie – zmurowany z cegły i kryty blachą. Wioska radowała się, patrząc jak na ich oczach wyrósł piękny dom, najładniejszy we wsi i, że w tym zasługa ich Siostry. Okazywali jej swą radość przez szacunek, życzliwość i pamięć o Jej dniu imienin, 9–go lutego na św. Apolonii. W tajemnicy przygotowywali rodzice swoje dzieci, gdyż inaczej na ten dzień by im znikła.

W 1936 roku przypadła 30–ta rocznica jej pracy w wiosce. Postanowiono przy okazji festynu urządzić Mateczce jubileusz. Protektorat na uroczystością został powierzony hrabiance Zofii, córce hrabiego Stefana Badeniego. Przygotowania odbywały się dyskretnie, nie udało ich się jednak utrzymać w tajemnicy. W uroczystości wzięli udział przedstawiciele władz państwowych i wioski, którzy doceniając zasługi, pragnęli złożyć gratulacje czcigodnej jubilatce. Brakło tylko solenizantki, poszła na ten dzień do domu sąsiednich sióstr w Puźnikach. Obecność jej zastąpił portret specjalnie wykonany, udekorowany kwiatami i zielenią. Imprezy takie jak festyny odbywały się na polanie, zawsze w niedzielę w godzinach popołudniowych, gdyż do południa odprawiały się msze święte. Z reguły były festyny bezalkoholowe. Nie widziało się zachwianych czy zamroczonych. „Człowiek ma być do tańca i do różańca” – mawiała Siostra Apolonia.

Druga wojna światowa

Jeszcze nie zatarły się ślady pierwszej wojny światowej, kiedy 31 sierpnia 1939 roku w godzinach popołudniowych zajechał przed gminę samochód ze starostwa z Buczacza. Referent do spraw wojskowych, Jaworski – człowiek z sąsiedniej wioski Puźniki – w towarzystwie konwojenta wnieśli zaplombowany worek z kartami powołania do wyznaczonych roczników do wojska z rozkazem natychmiastowej mobilizacji. Czarna rozpacz ogarnęła wszystkich. Rozpoczęła się druga wojna, bez porównania groźniejsza i straszniejsza. Wojna, która miała na celu wytępienie naszego Narodu. Wojna, która nie przebierała w środkach i w najbardziej wyrafinowany sposób niszczyła wszystko co polskie. Nikt nie był pewny swego życia, czy w domu, czy na froncie lub w obozie. Nasza wioska dzięki Opatrzności, pomimo kilku ofiar w ludziach, mniej ucierpiała od innych wiosek.

17 września dały się słyszeć odgłosy armat ze wschodu. Na tereny polskie wkroczyły wojska radzieckie. Związek Sowiecki objął rządy, które trwały do 21 czerwca 1941 roku, kiedy Niemcy ruszyli na wschód. Nowe władze niemieckie rozpoczęły likwidację Żydów, a Ukraińcy przystąpili do zaplanowanej akcji tępienia Polaków w sposób najbardziej barbarzyński, przy akceptacji Niemców. W sierpniu 1943 roku wymordowali banderowcy wielu w wiosce Korościatyn. W ce3lu obrony Polacy zorganizowali dużą partyzantkę ok. 600 osób, w Puźnikach odległych o 3 km od Nowosiółki Koropieckiej. Mężczyźni całymi nocami pilnowali wszystkie drogi, ażeby bandy nie zaskoczyły nieprzygotowanych. W pierwszych dniach lutego 1944 roku był napad na kolonię Mazury w pobliskim miasteczku Barysz. Rzeź trwałą do rana. „Mazurzy” dobrze się bronili. Zginęło tam ok. 40 banderowców. Chcąc się zemścić za poniesione straty , po drodze napadli na Zalesie Koropieckie. Tam cały dzień chwytali Polakó, spędzali do suszarń tytoniowych, polewali benzyną i żywcem palili. Zginęły tam również cztery osoby z naszej wioski: Michał Rogalski, Jan Chaszczewski, Józef Gudzowski i Maria Borkowska. Od Zalesia dzieliło nas 6 km. Byliśmy w strachu , którędy się skierują dalej, ale na tym się skończyło. Polacy, których życie było powiązane wiekowymi więzami z Rusinami, nie mogli pojąć co się stało z tym narodem. Jakby szatan w nich wstąpił. Żądni samoistnego państwa. Przecież współżycie z Rusinami było dotychczas zupełnie poprawne. Była wspólna wiara, tylko występowała różnica obrządków. Nic nie stało na przeszkodzie w praktykach religijnych, we współżyciu księży, w małżeństwa i chrztach. Nagle wszystko zaczęli deptać co tchnęło polskością. Wszelką świętość i węzły pokrewieństwa. Mordowano w okrutny sposób. Nie szczędzono nawet dzieci. Wymyślano rozmaite tortury. Ci, którzy przeżyli, opowiadają co widzieli na własne oczy, aż włosy jeżą się od zgrozy i od wyrafinowania wcale nie na mniejszą skalę niż w obozach koncentracyjnych. W naszej wiosce mimo, że blisko Puźnik, już nie było bezpiecznie.

Z 13 na 14 lutego 1945 roku wymordowano Puźniki. Od łuny w nocy było widno jak w dzień. Ludzie w popłochu uciekali w rowy i do lasu. Strach mieszał się z płaczem i wyciem psów. Mateczka wśród nas nie przestaje pocieszać, uspokajać i modlić się. Raniutko wieś opustoszała i zakwaterowała się w Koropcu. Tu było najbezpieczniej, gdyż był rejon i jednostka wojskowa. Od lutego do maja mieszkańcy Nowosiółki Koropieckiej przebywali na tułaczce w Koropcu, a razem z nimi Mateczka przeżywała dni smutku, utrapień i nadziei. Niedługo jeszcze, a nadzieje się spełniły. Wioska przetrwałą ciężkie wojenne czasy i wyszła cało.

W dniu 9 maja 1945 roku w godzinach rannych na Łysej Górze w Koropcu dały się słyszeć huki armat. Nie chcieliśmy wierzyć, ale strzały były zwiastunem końca wojny.

Repatriacja

Jak prze sześcioma laty wielki smutek i trwoga ogarnęły wszystkich na słowo „wojna”, tak teraz wielka i nieopisana radość zapanowała na słowo „pokój”. Koniec wojny! Niezdolny jestem opisać to co przeżywałem i to co przeżyli wszyscy, którzy doczekali tego upragnionego dnia.
Ukazała się gazeta polska . na pierwszej stronie dużymi literami napis POLSKA z fotografią Bolesława Bieruta i marszałka Roli Żymierskiego. Dla nas najważniejsza wiadomość , że Polacy mogą wyjechać na zachód na ziemie odzyskane.

Urząd do spraw repatriacyjnych przygotował druki zgłoszeń i kart majątkowych. Cieszyliśmy się ,że z tej atmosfery nienawiści ukraińskiej do Polaków, mając w oczach okropności morderstw, możemy wyjechać jakby na drugi koniec świata. Przed wyjazdem władze rejonowe zarządziły uprawę swego pola i zdania kontyngentu. Jakoś szczęśliwie uporano się z robotą w polu i rozpoczęto gorączkowe przygotowanie do wyjazdu, ażeby przed zimą znaleźć się już na zachodzie.

Czekało nas jeszcze wiele trudności. W Buczaczu tunel zawalony. Trzeba jechać 26 km dalej, do Pyszkowiec. Osiem tysięcy Polaków i czekało tam na transport pod gołym niebem. Noce jesienne chłodne. Trzeba było postarać się o drzewo oraz słomę i budować szałasy. Mieszkaliśmy jak żydzi podczas wędrówki do Ziemi Obiecanej. Tygodniami czekaliśmy na wagony. 1 – go października 1945 roku ostatnia furmanka opuściła naszą wioskę. Razem 103 rodziny oczekiwały na wyjazd. Razem z parafianami wyjechali księża. Codziennie w budach odprawiała się Msza święta, a rzesza ludu śpiewała „Serdeczna Matko … zlituj się, zlituj niech się nie tułamy”. Ile tam łez wylano, bo przecież opuszczają na zawsze to co najdroższe, z czym się zżyli, gdzie wyrośli, gdzie każda ścieżyna, każdy krzew, każdy próg świadczy o polskości. Trzy tygodnie czekano jeszcze na wagony. Dnia 17 – go października podstawiono 12 wagonów krytych, w tym dwa na bydło. Mogło wyjechać tylko 70 rodzin , 33 miało dalej czekać na następny transport.

Siostra Apolonia zdecydowała się jechać ostatnim transportem.
Warunki jazdy były bardzo trudne, ledwie mogli pomieścić się ludzie wraz z bagażami. Ogromny tłok. Chorzy i starzy bardzo odczuli trudy dalekiej drogi w zwierzęcych wagonach. Dopiero w Jaśle można było wsiąść do pociągu osobowego, kto nie musiała się opiekować dobytkiem. Postój w Jaśle trwał cztery dni. Tam otrzymaliśmy 35 bochenków chleba na 70 rodzin. Starosta proponował nam osiedlenie się na tamtych terenach. Byliśmy skłonni tam pozostać, ale poinformowano nas, że w tych okolicach grasują bandy i palą wsie. Mówiono, żeby jechać jak najdalej od tych „nożowców”. W cygańskich i urągających warunkach pojechaliśmy dalej. Postoje na kolejnych stacjach przedłużały się a nieuczciwi pracownicy kolei na rozmaity sposób wyłudzali pieniądze i i co mogli od repatriantów. Trzeba było po prostu zbierać pieniądze, żeby na „okóp”, ażeby nie dopuścić do rozbicia transportu. Trasą Przemyśl – Poznań – Żary dotarliśmy do Jasienia 15 listopada 1945 roku. Część osiedliła się w samym Jasieniu, a reszta w okolicy. Jasień stał się parafią. Pierwszym proboszczem był ksiądz Tytus Korczyk, który przybył tam wraz z parafianami z Bitkowa koło Stanisławowa, miejscowości bogatej w złoża naftowe.

Wyjeżdżając z Nowosiółki Koropieckiej zabraliśmy ze sobą szaty liturgiczne, naczynia i niektóre przedmioty kościelne i te złożyliśmy na ręce Ks. proboszcza w Jasieniu. Drugi transport naszych parafian osiedlił siew powiecie gorzowskim. Mateczka posłuszna swoim przełożonym została skierowana do Piły w województwie poznańskim.
W sierpniu 1946 roku, w czasie wakacji, otrzymała zezwolenie i odwiedziła wszystkie rodziny i odwiedziły wszystkie rodziny z Nowosiółki. Jak dobra matka, radowała się razem z nimi i udzieliła swoich rad. Gromadnie w towarzystwie starszych i dzieci prowadzono ją po wioskach. Mówiła: – Zawsze jestem z Wami blisko sercem, ale to wszystko są tylko uczucia ziemskie. Będę się modliła, ażeby Bóg miał Was w swojej opiece. Nie zapominajcie w swoich modlitwach o mnie, by moja pielgrzymka ziemska była miła Bogu i skończyła się szczęśliwie. To były Jej ostatnie spotkania, a zarazem pożegnanie ze swoimi.

Od tego czasu nie mieliśmy kontaktu z Siostrą Apolonią. Nieznane miejsce jej pobytu. Wszelkie życzenia świąteczne i imieninowe pozostały bez echa. 3 lutego 19674 roku byli wychowankowie Siostry Apolonii zwrócili się do Kurii Metropolitalnej w Poznaniu o błogosławieństwo dla Mateczki i o skierowanie do niej pisma w imieniu repatriantów z Nowosiółki Koropieckiej jako wyraz uznania za jej wkład w wychowanie religijne Polonii ze wschodu, które tak żywe pozostawiła ślady. Po roku nadeszła wiadomość z kurii, że Mateczka przebywa w Domu Starców w Wieleniu nad Notecią, powiat Czarnków. Osobiście miałem możność ją odwiedzić 23 lutego 1966 roku, w Środę Popielcową. Spotkanie miało miejsce w świetlicy, utrzymanej wzorowo i nastrojowo. Gdy oczekiwałem, wspomniałem sobie, jak 60 lat temu czekałem w szkole w Nowosiółce wraz z dziećmi klasy III – ej na pojawienie się zakonnicy – nauczycielki. Pamiętam tę chwilę, utkwiła mi w pamięci postać „sługi Bożej”. Wnet otwierają się drzwi, wchodzi ta sama, poważna, skromna, o łagodnych rysach zakonnica. Pochwaliłem Pana Boga i wyrwało mi się spontanicznie słowo: „Mateczka!”. Zbliżyłem się i zauważyłem, że mnie nie poznała. Zrozumiałem, przecież tyle lat. Ale kiedy wymieniłem swoje nazwisko, twarz jej się rozjaśniła i zawołała: „Piotruś!”. Wypytała o swoich wychowanków. Powiedziała, że ma słaby wzrok, nie widzi godziny na zegarku, ale orientuje się po promieniach słońca jaka pora dnia. Chociaż kościółek tuż obok domu, już nie ma sił dojść. Komunię świętą przynosi jej Ksiądz Kapelan. Kiedyś 7km do Koropca nie było za daleko. Nieraz ludzie mówią, że kościół, modlitwa, różaniec to dla starych. Nie wiedzą, że wówczas za późno zaczynać. Dolegliwości i wszelkiego rodzaju cierpienia przytłaczają człowieka i też nie ma czasu na modlitwę ani chodzenie do kościoła jak niedołędze.

Gdy patrzyłem na Siostrę Apolonię, staruszkę, jakby na taśmie filmowej widziałem jej pracę, piękny, świętobliwi i pełen poświęcenia żywot. Od chwili przyjścia na świat aż do momentu obecnego, kiedy taśma jej życia była już na ukończeniu. Swą miłością bliźniego ujęła wszystkich. Ludzie obrządku grecko-katolickiego, którzy zostali na wschodzie, często w listach zapytywali i prosili o informacje co się dzieje z Mateczką Apolonią. Nasza rozmowa i nasze spotkanie miało się ku końcowi. Zdawałem sobie sprawę, że to była moja ostatnia wizyta pożegnalna i ostatnie spotkanie.

Żyj w pamięci

Rzecz naturalna. Przeżyła piękny wiek, bo 87 lat. 6 październik 1970 roku Mateczka Apolonia ukończyła bieg życia. Dla nas, którzyśmy Ją znali i wespół przeżyli lata doli i niedoli, to nie był przeciętny człowiek. To wzór zakonnicy – pedagoga. Przede wszystkim wzór świątobliwości życia. Nie chciałbym, ażeby ślady tego życia i pracy tak szybko zaginęły. Dlatego starałem się choćby w tym skrócie opisać i przekazać przebieg Jej działalności, a właściwie bieg Jej życia, które w szczytowym okresie przeżyła razem z nami.
Jestem w posiadaniu pewnych pism i zdjęć, które mogą uzupełnić kronikę Jej życia.
Niech te wspomnienia będą zachętą do zachowania tego, co przekazała swoją pracą i przykładem. Niech będą pobudką do własnego życia przykładnego, a w czasie prób pozostania wiernym najwyższym ideałom, którym służyła Mateczka Apolonia.

Bogu i Ojczyźnie

Zdjęcia

 

ZDJĘCIE SIOSTRY APOLONII WANDOWICZ

Apolonia WandowiczSiostra Zakonna Apolonia Wandowicz, urodzona 9 lutego 1883 roku. Od roku 1906 do 1945 nauczycielka szkoły powszechnej w Nowosiółce Koropieckiej, powiat Buczacz, województwo Tarnopol. Zmarła 6 października 1970 roku w Domu Starców w Wieleniu nad Notecią, powiat Czarnków, województwo Poznań. W uznaniu Jej zasług poświęcam ten pamiętnik.
Trzeba wielkiej Łaski Bożej, by można promieniować i wpływać na drugich, swoją skromnością i dobrodusznością dawać wyrazy godności i poszanowania swego stanu.

ZDJĘCIE PANORAMY MIASTA BUCZACZ

Buczacz

Zabytkowe miast Buczacz, widok wschodniej części, gdzie w dole płynie rzeka Strypa, a u góry Cerkiew o. o. Bazylianów. Dalej ciągnie się góra Fedor, miejsce masowej likwidacji żydów. Miasto przetrwało wojny Turków i Tatarów. Pamięta czasy panowania Kasztelana Kaniowskiego. Gościło Króla Jana III Sobieskiego. Kościół, Ratusz i źródła upamiętnione są napisami na głazach. Jeszcze dzisiaj można oglądać lipę z XV wieku, pod którą król Jan III Sobieski zawarł pokój z Turkami.

ZDJĘCIE PAŁACU W KOROPCU

Pałac w KoropcuPałac z XVII wieku dziedzic Mysłowskiego. Na frontowej fasadzie była wmurowana marmurowa tablica wypisana złotymi literami: „Ród Mysłowskich po wieczne czasy”. A jednak syn dziedzica, młody, lekkomyślny i rozrzutny, na którego dziedzic nie miał wpływu, doprowadził majątek do upadku. Jedyną deską ratunku było sprzedać lasy na wyrąb. Wiekowy las liściasty o obszarze 4500ha, mógł zaspokoić zadłużenie, choć nie w całości. Zezwolenie zależało wówczas od ówczesnego Marszałka Sejmu Galicyjskiego, Kazimierza hr. Badeniego, który miał przyobiecać, a podpisu odmówił. Mysłowski zmuszony był sprzedać majątki wraz z folwarkami: Rozrywką, Werbką, Zalesiem Koropieckim, Zubrzcem i Koropcem. Kupił wraz z długami Kazimierz hr. Badeni i tą drogą stał się właścicielem folwarków i pałacu. Hr. Badeni miał trzech synów. Jan był kanonikiem w katedrze we Lwowie. Stanisław osiadł w Koropcu i ożenił się z panną Jadwigą, byli bezdzietni.
W 1893 roku Alfred Mysłowski sprzedał majątek marszałkowi sejmu galicyjskiego Stanisławowi hr. Badeniemu (1850-1912), który osiadł w Koropcu i ożenił się z panną Jadwigą. Pani hr. Jadwiga zainteresowała się warunkami w jakich żyła i pracowała Siostra Apolonia. Ofiarowała materiał na budowę szkoły, a następnie pobudowała kościół. Ostatnim właścicielem Koropca był syn Stefan Badeni (1885-1961).
Przygotować notę!!!

RYCINA STAREJ SZKOŁY

Szkoła

Stary budynek szkolny pobudowany w drugiej połowie XVIII wieku nie różnił się wyglądem od innych chałup we wsi, ani też nie odpowiadał warunkom swego przeznaczenia.

RYCINA PIERWSZEJ LEKCJI SIOSTRY APOLONII W SZKOLE

LekcjaPierwsza lekcja młodziutkiej siostry zakonnej „Mateczki” Apolonii Wandowicz w szkole powszechnej w Nowosiółce Koropieckiej dnia 1 września 1906 roku. Ktoby mógł przypuszczać, że ta skromna zakonnica przeobrazi wioskę, a dla jej mieszkańców i okolic będzie wzorem kształtowania życia w miłości Boga i bliźniego. W tym duchu przez 40 lat wychowywała młodzież. Wioska przybrała kształt poletka na niwie Bożej, a na nim wypielęgnowany piękny kwiat miłości.

RYCINA ZABAWY SIOSTRY APOLONII Z DZIEĆMI

Dzieci

Siostra Mateczka Apolonia bawi się z dziećmi w czasie przerwy na podwórzu szkolnym. Ona młodziutka chce się także bawić.

RYCINA STAREJ KARCZMY

Karczma

To zasługa Siostry Apolonii, że wiekowa karczma, gdzie arendarz sprzedawał wódkę, została zburzona, a na jej miejscu zbudowano kościół.

RYCINA KOŚCIOŁA

Kościół

Kościół filialny pw. Oblubieńca św. Józefa w Nowosiółce Koropicekiej, należący do parafii w Koropcu poświęcony w 1911 roku.

RYCINA BŁOGOSŁAWIEŃSTWA SIOSTRY APOLONII PRZEZ ARCYBISKUPA

Arcybiskup

Jego eminencja Ks. Arcybiskup Józef Bilczewski ze Lwowa w czasie wizytacji Parafii Koropiec podziwiał umiejętność nauki religii z Nowosiółki Koropieckej. Gdy zapytał, kto ich uczy, młodzież rozstąpiła się by odsłonić daleko w tyle stojącą Siostrę Mateczkę Apolonię. Podeszła, uklękła i otrzymała błogosławieństwo.

RYCINA NOWEJ SZKOŁY

Nowa szkoła

Modlitwą do Matki Bożej siostra Apolonia ufała, że wyprosi za Jej pośrednictwem pomoc w budowie nwego budynku szkolnego. Prośba została wysłuchana. W przeciągu dwóch lat na miejscu starej szkoły – lepianki pod słomianym dachem, stał nowy budynek odpowiadający wymogom swego przeznaczenia.

RYCINA DOMU LUDOWEGO

Dom ludowy

Siostra Apolonia była wzorem życia ludzkiego i Bożego. Nauczyła mieszkańców naszej wioski śpiewać i modlić się, kochać Boga i ojczyznę. Ćwiczyła i przygotowywała młodzież do przedstawień i występów. Imprezy odbywały się w szkole. Po przedstawieniu młodzież chętnie urządzała sobie zabawę taneczną, ale gdzieś w prywatnym mieszkaniu. Ze względu na wielki szacunek do Mateczki, nikt nie ośmieliłby się zakłócić spokoju nocnego. Wioska, która liczyła około 180 rodzin, nie miała gminnego budynku, gdzieby mogła być kancelaria gminna, świetlica, sklep itp. Z inicjatywy Mateczki Apolonii pobudowano dom ludowy o rozmiarach 13m na 9m, w którym znalazło się miejsce na ww. potrzeby wraz ze sklepem kółka rolniczego i biblioteką włącznie.

ZDJĘCIE – PANORAMA MIASTECZKA JASIEŃ

Jasień

W centrum kościół rzymsko-katolicki pw. Matki Bożej Różańcowej, zbudowany w Roku Pańskim 1660. Do parafii w Jasieniu należy sześć wiosek: Jabłoniec z kościołem filialnym, Budziechów z kościołem filialnym, Lisia Góra, Zieleniec, Golin i Brodziec. W tejże parafii osiedliło się 15 listopada 1945 roku 70 rodzin z Nowosiółki Koropieckiej.

ZDJĘCIE – AUTOR MODLĄCY SIĘ

Rzeźba

Zdjęcie jednej z rzeźb w ołtarzu kościoła parafialnego w Żaganiu, przedstawiającej świętą Apolonię, patronkę cierpiących na ból zębów. Zdjęcie zrobione w dniu imienin siostry zakonnej Rodziny Marii Apolonii Wandowicz, dnia 9 lutego 1970r. Autor na modlitwie.

ZDJĘCIE – SIOSTRY FRANCISZKANKI

Siostry Franciszkanki

Grono sióstr franciszkanek Rodziny Marii w Piłce, Archidiecezja Poznańska. W pierwszym rzędzie siedzą od lewej: pierwsza siostra Apolonia Wandowicz i trzecia Wesołowska z Puźnik, wioski odległej 3km od Nowosiółki Koropieckiej, gdzie nocą z 12 na 13 lutego 1945 roku ludność została wymordowana. Wyszedł cało ten, kto ukrył się w kościele.

ZDJĘCIE – GRÓB

Grób

Oto cmentarz w Wieleniu nad Notecią, w powiecie Czernków, województwo poznańskie i grób wiecznego spoczynku świętej pamięci siostry zakonnej, nauczycielki i Mateczki – Apolonii Wandowicz. Nazwa cmentarza: cmentarz zakładowy, odległość; 600 metrów od Domu Starców.

Listy i dokumenty

Jasień, dnia 5 lutego 1968 roku

Wielebna Siostra Przełożona
w Domu Starców

Zwracamy się z prośbą by w dniu 9 lutego br. Była odprawiona msza św. W Waszej Kaplicy w intencji naszej Mateczki, Siostry Apolonii Wandowicz, zasłużonej jubilatce w 85 rocznicę urodzin. Ofiarę wkrótce nadeślemy.

Pozostajemy zawsze oddani sprawie Bożej,
Mieszkańcy parafii Jasień, Powiat Lubsko,
województwo Zielona Góra

 

Poznań, dnia 15 marca 1968 r.
L. dz. 1114/68

Arcybiskup Poznański
Herb

Wielebna
Siostra Apolonia Wandowicz
Wieleń n. Notecią

Czcigodna Siostro Jubilatko!

Niedawno doszła mnie wiadomość o pięknym i rzadkim jubileuszu, jakiego Pan Jezus pozwolił Siostrze doczekać . Jubileuszu sześćdziesięciu lat ślubów wieczystych w Zgromadzeniu Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Wielka to łaska przez lat sześćdziesiąt nieprzerwanie i ofiarnie służyć ludziom i być złączoną z Bogiem w Trójcy Świętym Jedynym węzłem profesji wieczystej.
Znane mi są dzieje i prace zakonne Czcigodnej Jubilatki. Po kilku latach działalności w różnych miejscowościach archidiecezji lwowskiej, przebywała Siostra przez czterdzieści siedem lat we wiosce Nowosiółki Koropieckiej w powiecie Buczackim, dokąd posłuszeństwo zakonne Siostrę skierowało. Zastała tam Siostra smutnej sławy karczmę i lichą szkołę mieszcząca się w lepiance strzechą krytej. Już po kilku latach, zabiegliwym staraniem Siostry, na miejscu karczmy stanął murowany kościół, przy nim zaś nowa duża szkoła.
W tej wiosce przez blisko lat pięćdziesiąt pracowała Siostra cicho i niezmordowanie jasko nauczycielka, wychowując liczne pokolenia dziatwy i młodzieży. Mieszkańcy tej wioski z wdzięcznością podkreślają, że oddana całkowicie służbie Bogu, nauczyła ich Siostra modlić się, śpiewać, kochać Boga i Ojczyznę, dzieląc z nimi niedolę zawieruchy dwóch wojen światowych.
Po ostatniej, okrutnej wojnie, działała Siostra chwalebnie przez dwadzieścia lat w Piłce, w mojej Archidiecezji, zanim steraną wiekiem i trudami apostolskiej pracy władze zakonne umieściły (ją) na zasłużony wypoczynek w Wieleniu, gdzie dziś jeszcze buduje swoje otoczenie swoją postawą zakonną.
Dzisiaj, już po uroczystościach, przesyłam Czcigodnej Jubilatce wyrazy podziękowania Kościoła za jej gorliwość, zapał i wieloletnie trudy i życzę radosnego przeżywania sędziwego wieku w spokoju, w gronie miłujących i miłowanych Sióstr zakonnych.
Czcigodnej Jubilatce, wszystkim Jej dawnym, wzruszająco oddanym i wdzięcznym wychowankom oraz wszystkim Drogim Siostrom z serca błogosławię.

Antoni Baraniak
Arcybiskup Metropolita

Kopia listu dnia 25 marca 1968 roku przez Wikariusza Generalnego Archidiecezji Poznańskiej została przesłana do wiadomości Pani Gizeli Flinta na adres ul. Kościuszki 30, Jasień, województwo Zielona Góra.

Sława, dnia 5 czerwca 1966r.

Szanowny Panie Piotrze!
Bardzo to piękny gest i pomysł uczcić dostojną Jubilatkę Siostrę Apolonię pamięcią w modlitwie aż trzech Mszy św. w dniu 9 lutego oraz spotkaniem delegacji z Matką Solenizantką.
Przyznam, że to rzadkie, abyśmy pamięcią i szacunkiem wychowanków i współziomków wobec sędziwej osoby zakonnej. Niech to będzie dla Siostry Apolonii radością Jej wieku i podniesieniem na duchu.
Szanowny Panie Piotrze! Gdy dojdzie do skutku Wasze spotkanie z nią, proszę również oświadczyć ode mnie, chociaż zapewne mnie nie pamięta, wyrazy głębokiego szacunku dla wielkiej zakonnicy, patriotki. Łączę się duchowo we Mszy św. i jak najwięcej dla Niej upraszał będę u Najwyższego. Co do programu delegacji to chyba największym prezentem jest sam przyjazd delegacji, udział we Mszy św., przyjęcie Sakramentu św. i wspólna herbatka.
Łączę serdeczne pozdrowienia dla wszystkich Krajanów

wyrazy szacunku
Ks. Prałat Tomkiewicz Kazimierz

Wieleń n/Notecią, 9.10.71

Wielce Szanowny Panie!
Trochę późno odpisuję ale była kilka dni poza domem. Serdecznie dziękuję za pamięć o śp. Drogiej naszej Siostry Apolonii Wandowicz. Msza św. została odprawiona i modliliśmy się serdecznie. Niestety żadna z naszych sióstr nie posada fotografii, ale napisałam do siostry Stefanii Micek, może cos znajdzie, albo może ktoś w Piłce będzie miał. Sp. Siostra Apolonia Wandowicz zmarła o godzinie 10 rano. Jeszcze tego dnia o godzinie 7.30 przyjęła małą cząstkę, pod którą kryło się Ciało i Krew Przenajdroższa Pana Jezusa. Od godziny 9 modlił się ksiądz kapelan razem z siostrami do chwili skonania. Trudno ustalić czy cały czas była przytomna. Były momenty, że można było wnioskować, że modli się razem. Mimo cierpień, porażenia połowy ciała, była bardzo spokojna, cichutka, skupiona. Zdjęcie grobu przyślemy, nie miał kto zrobić, ale już umówiony fotograf. Bardzo prosiłmy o przesłanie jednego egzemplarza wspomnień, które po przeczytaniu odeślemy do Aechiwum Zgromadzenia, by posłużyło do historii Zgromadzenia, a młode siostry miały wzór ze swojego własnego podwórka. Jeszcze raz serdecznie dziękuję za pamięć tak życzliwą.

z wyrazem poważania
s. Franciszka Paszym RM

Wieleń 13.2.1967r.

Droga Pani i Zacni Przyjaciele Siostry Apolonii!

Za tak miłą pamięć o S. Apolonii serdecznie „Bóg zapłać”. Jak na Jej wiek to czuje się dobrze. Chodzi codziennie do kaplicy, dużo się modli, jak sama mówi, za wszystkich kogo w życiu spotkała i z kim miała do czynienia. Pierwsze miejsce zajmują mieszkańcy Nowosiółki.
Co do Mszy św. to będzie odprawiona w naszej kaplicy dn. 15 marca. Ofiarę proszę przesłać na adres S. Apolonii.
Od siebie i S. Apolonii życzę błogosławieństwa Bożego i opieki Matki Niepokalanej, naszej Królowej.

Serdeczne pozdrowienia w Panu
S. Maria Tworzydło

Wieleń 5.X.1970r.

Szanowna Pani Hładkiewicz!
Zawiadamiam, że siostra Apolonia Wandowicz jest konająca. Jak był raz p. Hładkiewicz to prosiła, żeby powiadomić o śmierci, więc spełniam życzenie. Proszę powiadomić wszystkich, a kiedy będzie pogrzeb to przyślemy telegram.

Łączę wyrazy szacunku
S. Bronisława Malitowska

Poniedziałek 5.X.1970 – pisany list, że S. Apolonia konająca
Wtorek 6.X.1970 – telegram o śmierci o godz. 10-tej
Piętek 9.X.1970 – pogrzeb o godz. 14-tej.


Dokument źródłowy:

image_pdfimage_print

Opracowanie:

Redakcja strony
Website |  + posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *